Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociągi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociągi. Pokaż wszystkie posty

kwartety parowozowe

taką ładną grę karcianą sprawił sobie syn na pamiątkę wakacyjnej przygody z Koleją Izerską (w miejscowości Korenev)
 

jej największe zalety doskonale widać już na pudełeczku, prawda? ;)

wewnątrz znajdują się 32 karty - 8 zestawów po 4 sztuki 

rysunki / zdjęcia na kartach, choć praktycznie nieistotne z punktu widzenia gry (mechanika bazuje na zestawach; ważne jest oznaczenie kolorem + kodem litera-cyfra), stanowią główny element przyciągający graczy - tak jak w przypadku szeroko znanego "Piotrusia" występuje ona zatem w mnogich wersjach graficznych

w zestawie otrzymaliśmy tylko instrukcję w języku czeskim, ale wspólnym wysiłkiem i z pomocą internetu doszliśmy do wniosku jak należy grać

oto jak brzmią ogólne zasady gry naszą piękną, pełną lokomotyw talią:

KWARTETY to gra karciana przeznaczona dla co najmniej trzech graczy.* Jej celem jest zebranie czterech kart należących do tej samej rodziny - tzw. kwartetu.

Po przetasowaniu biorący udział w grze rozdają wszystkie karty między siebie. Grę rozpoczyna osoba na lewo od rozdającego, zwracając się do któregokolwiek z graczy z prośbą o konkretną kartę. Jeśli osoba zapytana posiada tę kartę musi ją oddać, jeśli nie, przejmuje kolejkę. Gdy któryś z graczy skomponuje cały kwartet - wykłada go na stół. Wygrywa ten gracz, który ma najwięcej kwartetów.

pominąwszy wpływ szczęścia przy rozdawaniu, gra wymaga uważności przy zadawaniu pytań i skupienia na odpowiedziach współgraczy, nie tylko w swojej kolejce, nieźle sprawdza się zatem w przypadku młodzieży młodszej (u nas 8-9 lat)

 

tymi samymi kartami J. lubi też grać w WYZWANIA - grę polegającą na pojedynku na własności opisane na kartach (u nas rozstaw kół, moc, masa i maksymalna prędkość); stosuje zarówno wersję na-pół-w-ciemno (jak przy Top Trumps o których pisałam kiedyś tu: >>KLIK<<), jak - ciekawszy! - świadomy wybór karty spośród rozdanych

widząc tylko jedną swoją kartę lub wybierając spośród wszystkich posiadanych, wyzywamy przeciwników do pojedynku na wybrany "atrybut" na niej opisany; każdy ze współgraczy wykłada swoją kartę (po prostu pierwszą z brzegu lub, w drugiej opcji, wybraną), jednocześnie odkrywamy wszystkie i wyłaniamy zwycięzcę, który zabiera karty ze stołu jako "punkty zwycięstwa"

to całkiem ciekawa alternatywa ćwicząca umiejętność podejmowania decyzji i ryzyka, dość przy tym emocjonująca, przynajmniej dopóki nie zna się na pamięć wszystkich kart :)

mam nadzieję, że to nie ostatnia gra, która pojawia się za sprawą J. w naszym cyklu projekt Grajmy!

 * graliśmy również we dwie osoby (wg Janka "z niegraczem") - modyfikacja zasad polega na tym, że  rozdajemy również karty (zakryte) dla trzeciego, brakującego gracza i jeśli z wcześniejszej odpowiedzi przeciwnika wynika, że dana karta znajduje się w stosie, można w kolejnym ruchu "zapytać" o nią i pobrać dowolną, nadal zakrytą, jako jokera do budowanego kwartetu 



Czytaj dalej

kolejowy szlak - KOLEJna gra :)

jak wielokrotnie się już tu skarżyłam, pomysły i zainteresowania pierworodnego nie zawsze idą w parze z moimi wizjami i planami
matka: może byś w coś pograł?, synuś: a mogę na telefonie?
ja - w pole, góry, las, on - miasto, metro, do zajezdni i na dworzec!

czasem się jednak spotykamy, gdzieś w połowie drogi...
ostatnio przy najnowszej "planszówce"* :)

oto jak wydawnictwu Foxgames udało się zrobić nam prezent na Dzień Matki i Dzień Dziecka jednocześnie:


dziecko, wiadomo, najbardziej ucieszyło się z tematu przewodniego
są tory = wiele więcej nie trzeba ;)

ale kilka kolejnych ważnych zalet również widać na pierwszy rzut oka:

Kolejowy szlak 

to:
+ zgrabne pudełeczko, które wszędzie się zmieści - idealne do zabrania na szlak
+ dobrze pomyślane wnętrze, w którym nic się nie zgubi, a w dodatku, od razu umieszczono... dodatek :)
+ śliczne opracowanie graficzne, które zachwyca nie tylko fanów transportu szynowego i tworzy "podróżniczy" klimat
+ wielokrotnego użytku "plansze" graczy, do wypełniania suchościeralnymi mazakami, dzięki którym nie zużywamy ciągle nowych kartek papieru
+ "rozpiska-przypominacz celów", podstawowe trasy z kości i dodatkowe skrzyżowania na planszetce każdego gracza, który może w każdej chwili do nich wracać, zaznaczać i używać wg potrzeb
+ pełen komplet pisaków z gąbeczkami, które mamy zawsze pod ręką i faktycznie zmazują co trzeba (niby drobiazg, ale lata praktyki z zabawkami typu 'narysuj-zmaż' dla dzieci pokazują, że często zaniedbywany przez projektantów i producentów)
+ idealnie ciężkie, wyraźnie i trwale żłobione kosteczki, którymi przyjemnie się rzuca
oraz
(co tylko częściowo widać na leżących spodem do góry planszetkach na zdjęciu powyżej)
ładna kilkuelementowa układanka, która cieszy nie tylko najmłodszych


czy jednak ta świetna oprawa to przypadkiem nie przerost formy nad treścią?


osobiście uważam, że wręcz przeciwnie - tym razem "szata" to doskonałe uzupełnienie niezłego pomysłu na łamigłówkę!
sięgając głębiej (tj. podążając dalej tym "Kolejowym szlakiem") znajdujemy bowiem
proste zasady i dużo kombinowania, czyli moje najulubieńsze, hmm... połączenie :)

cel: wyrysować na swojej planszy-planie jak najkorzystniejszą sieć połączeń drogowo-kolejowych
droga: mechanika roll&write = kości wskazują rodzaje tras (szosa, tor, skrzyżowanie, stacja, etc.), które musimy wrysować w swoją mapę, gracz decyduje, w które pole siatki je wpisze

w wersji podstawowej gramy czterema kośćmi z podstawowymi układami trakcji/szos
losowość, na rzecz zbilansowanej puli szlaków i indywidualnej decyzyjności, ogranicza sposób opisania ścianek (tylko 1 kostka generuje wiadukty i przesiadki!) oraz dostępne (3 razy na 7 tur) bardziej skomplikowane skrzyżowania i rozjazdy
można grać samemu i poddając się wyrokom kości tworzyć coraz lepsze mapy (czemu by nie nawet kilka na raz!), można współzawodniczyć (w gronie do 6, a z kolejnym pudełkiem - lub dodatkowymi planszetkami typu DIY - nawet 12, 18, 24 etc. graczy)
niby wszyscy bazują na tych samych rzutach, ale każdemu wychodzi coś innego
wow! ;)


dodatkowe kosteczki w wersji błękitnej ubarwiają (sic!) całość tworząc nowe możliwości
intensywnie niebieskie kostki pozwalają na naszych mapach uwzględnić rzeki, natomiast jaśniejsze - jeziora i porty
szczególnie ta druga opcja ciekawie rozszerza perspektywę, wprowadzając opcję żeglugi śródlądowej


w zależności od wybranej wersji rzucamy 7 lub 6 razy, a na koniec punktuje się odpowiednie połączenia, długości tras i rzek, powierzchnię jeziora...
szczegóły, to, że się tak wyrażę, szczegół
wydawca udostępnia pełną instrukcję na swojej stronie (tu: >>KLIK<<) - niech zajrzy, kto ciekaw

z naszej perspektywy najważniejsze jest to, że gra na każdym kroku zmusza do myślenia,
każe planować, by następnie zaskoczyć i spowodować konieczność poszukiwania alternatywnej drogi,
bo raz podjętej decyzji nie da się cofnąć...
ale przy tym pokazuje, że zawsze jest jakieś wyjście (najczęściej kilka)
i każdy może wybrać po swojemu, bo nie ma jednej, idealnej strategii
- dla gracza 8+ to istna kolejowa szkoła życia!

a trzeba przyznać, że niezłe wyzwanie także dla wielokrotnie starszych

dlatego zgodnie polecamy!


ze względu na kompaktową formę, także w ramach cyklu:




* planszówkowe pociągi występowały już ma naszym blogu nie raz (choćby w "Pociągi" czy - także "rzuć i pisz" - "30 rails"), ale okazuje się, że do zamknięcia tematu wiele nam jeszcze brakuje...
ustanawiam zatem # kolejnagra - można kliknąć, działa wstecz - i zapowiadam: kolejne wkrótce!
jeśli macie swoje ulubione, podpowiedzi są zawsze mile widziane :)


za "Kolejowy szlak. Głęboki błękit." dziękujemy Foxgames



Czytaj dalej

30 rails, "kolejowa" gra do wydruku

wszystko zaczęło się od turnieju w grę Winnica wyd. Granna, który miałam przyjemność współorganizować
albo jeszcze wcześniej, kiedy na Pyrkonie sama wzięłam udział w podobnym współzawodnictwie*

ta "notesikowa" gra tak przypadła mi do gustu połączeniem prostoty i niebagatelnego wyzwania dla szarych komórek, że długo i usilnie próbowałam przekonać do niej syna
J. (lat wówczas 8), jak najbardziej, spróbował, nawet dawał radę, ale fanem nigdy nie został
sami rozumiecie - co to za przyjemność zbierać winogrona? niby tworzy się ścieżki (to lubi!), ale przecież nawet nie drogi, a z pewnością nie szyny, no i żeby chociaż w akcję zaangażowane były jakiekolwiek pojazdy, o pociągach można chyba tylko pomarzyć...
na szczęście marzenia się czasem spełniają, a jeśli dobrze poszukać, w sieci wszystko się znajdzie! 
i tak gramy od jakiegoś czasu z Jankiem w prawie-jak-Winnica [choć, jak się zaraz okaże, właściwie zupełnie inne ;)] w 100% odpowiadające jego gustom i moim prologicznomyślenioworozwojowym ambicjom 30 Rails :)

Czytaj dalej

Ale auta, Co robią pociągi? i Świat kupek, czyli o czym chcą czytać dzieci (1)

od kiedy J. nauczył się płynnie czytać samodzielnie, mój wpływ na dobór jego lektur stopniowo, ale zauważalnie maleje
oczywiście nadal daje sobie podsuwać to i owo, czytujemy sobie nawzajem na głos dla obupólnej przyjemności, ale coraz częściej, idąc śladem ciszy, znajduję go na kanapie, nieobecnego, zaczytanego... niejednokrotnie z książką, którą sama odłożyłam na później, albo taką, którą dostał w prezencie lub wypożyczył w bibliotece - nie do końca 'w moim typie', ale najwyraźniej dla niego idealną
powoli zaczynam dawać też dzieciom pewną swobodę co do wyboru książek do recenzji i - choć bywa, że moje gusta znacznie się różnią od tych siedmioletnich - bardzo często po bliższym poznaniu okazuje się, że całkiem nieźle decydują :)

oto przykładowy zestaw, co do którego wszelkie ewentualne rodzicielskie zastrzeżenia i/lub obawy bledną w obliczu entuzjazmu młodego czytelnika:


1.

Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe

aut. Michał Leśniewski, ilustr. Maciej Szymanowicz

motoryzacja!
w tym temacie pierwsze lody zostały już przełamane, a liczne cytowania na forum publicznym pokazują, że "Od koła do Formuły 1" (pełna opinia TU) wskazują, że forma historyjek pełnych samochodowych ciekawostek doskonale trafia do młodych męskich umysłów
i ciągle im (a w każdym razie temu jednemu na pewno) mało!

Michał Leśniewski nadchodzi z odsieczą, serią historii pełnych ciekawostek zaspokajając (chwilowo?) chłopięcy głód wiedzy na temat samochodów
autor nie szczędzi szczegółów, dat i nazwisk - na końcu podaje nawet bibliografię, co się bardzo chwali - jednocześnie nadając całości bardzo przyjemną formę gawędy
przystępnym językiem, zwracając się bezpośrednio do czytelnika, snuje arcyciekawe opowieści o konstruktorach i podróżnikach, trudnych początkach produkcji taśmowej i unikalnych bolidach XXI wieku, rewolucyjnych rozwiązaniach i nowoczesnych materiałach, znakach drogowych i narzędziach, automobilowej modzie i elektronicznych mózgach...
i nie tylko ;)
rodzice i dziadkowie z sentymentem powracają myślami do dawnych czasów czytając o warszawach, maluchach i dużych fiatach, a dzieci chłoną i powtarzają informacje o bagażniku umieszczonym z przodu oraz całkowicie polskim projekcie i fabryce, choć wydają się równie nieprawdopodobne, jak te o automobilu parowym, czy silniku uruchamianym na korbę

jest o czym czytać, a przy tym - jak to w serii EgmontART - jest na co popatrzeć
charakterystyczna kreska Szymanowicza, naturalna paleta kolorów, kilka ciekawych rozwiązań graficznych oraz nadająca odrobinę zadziornego charakteru typografia tu i ówdzie, niech przekonają niezdecydowanych





co tu dużo mówić - niektóre historie (tak jak ta o panu Jelińskim) nawet mi się spodobały ;)
a rozmowy z dziadkiem o autach sprzed lat zainspirowane Jankowym zagadnięciem o Fiata-jamnika i Fiata-pick-upa oraz "garbatą" warszawę - bezcenne!

2.

Terry Pratchett przedstawia
Pannę Felicity Beedle i jej

Świat kupek

"No tak, trudno, trzeba pogodzić się z faktem, że świat poszedł naprzód i dzisiaj bajki prawdopodobnie nie mówią o małych skrzących się istotkach z skrzydłami."*

zdaje się, że podobnie jak w przypadku Sama Vimesa*, moje podejście do nurtu naturalistycznego w literaturze dziecięcej (obejmującego nie tak rzadko spotykane książeczki z pupami i kupami w tytułach) jest dalekie od zachwytu... nie da się jednak zatrzymać postępu, podobnie jak przekonać dzieci w pewnym wieku, że temat ekskrementów wcale nie jest taki zabawny i ciekawy
cóż, jeśli już czytać o kupkach, niech to będzie przynajmniej dobra proza...

zainteresowanie procesem i efektem końcowym wydalania wśród kilkulatków najwyraźniej jest uniwersalne - równie intensywne na tym najlepszym ze światów, jak płaskim Dysku wspartym na grzbietach słoni, które unosi w przestrzeni Wielki A'Tuin
nic dziwnego, że opowieść istniejąca zupełnie teoretycznie na półeczce Młodego Sama w Ankh Morpork, zawierająca "całkiem ciekawy materiał o zbiornikach szamba, szambonurkach i ascenizatorach, i w jaki sposób psie odchody pomagają najlepiej wygarbować skórę"* zmaterializowała się ostatecznie także w naszej rzeczywistości
"Świat kupek panny Felicity Beedle" po raz pierwszy (na Kuli) pojawił się w książce pt."Niuch" (skąd pochodzą cytaty oznaczone gwiazdką i przywołane nazwisko głównego bohatera), a celem jego powstania przyświecającym autorce (na Dysku) odczarowanie tematu tabu, jako że, jak pisze we wstępie: "Z pewnością stać nas przecież na coś więcej, niż stwierdzenie, że to nieładne"
chyba można powiedzieć, że się udało :)

miłośników przenikliwych obserwacji i poczucia humoru Terrego Pratchetta, podobnie jak ich dzieci, choć prawdopodobnie z różnych powodów, zapewne nie będzie trzeba długo przekonywać do sięgnięcia po tę opowiastkę
pierwsi z sentymentem wrócą do miasta, którego zapach, gdyby miał kolor, zapewne byłby brązowy, a synonimem kariery w stylu "od pucybuta do milionera" jest nie kto inny jak Sir Harry - Król Złotej Rzeki (wiecie, o czym mówię?)
drudzy - z mieszaniną podziwu i zazdrości będą śledzić losy Geoffreya, chłopca, który podczas wakacji u babci bez reszty oddaje się nowej pasji, tworząc zupełnie wyjątkowe muzeum pełne hmmm.... pachnących eksponatów

okładkowe hasło: "dyskowa rozkosz dla czytelników w każdym wieku" wydaje mi się być sporo przesadzone, podobnie jak zapowiedź dziecięcego śmiechu "do bólu brzucha", ale lektura, podobnie jak monochromatyczne grafiki, naprawdę może się podobać
ostatecznie, to Pratchett (no i kupki), więc nawet nie będę udawać, że jesteśmy w ocenie obiektywni



tylko pamiętajcie, żeby umyć ręce...


3.
po autach, samolotach, mrówkach, żabach, pszczołach, w końcu są i one!
najbardziej oczekiwana (w pewnych kręgach) wydawnicza nowość tego roku:

Opowiem ci, mamo, co robią POCIĄGI

na temat koncepcji całej serii i kilku wcześniejszych tomikach wypowiadałam się już dwa lata temu - TUTAJ 
żałowałam wówczas, że zabawa w przeglądanie całokartonowych książeczek obrazkowych powoli przechodzi do historii... cóż, okazuje się, że bardzo powoli ;)
"Opowiem Ci mamo" jak najbardziej nadają się bowiem dla najmłodszych dzieci (posiadają wszak sztywne strony, zaokrąglone rogi, niewiele tekstu, przyciągające wzrok kolorowe ilustracje), ale, jak się okazuje, także starszaki mogą znaleźć w nich coś dla siebie (jak łatwe do przeczytania i zapamiętania rymowanki, mnogość szczegółów do odkrycia na każdej stronie i wiele ciekawostek)

nie zliczę ile razy J. przeglądając swoje ulubione "...co robią auta", retorycznie zapytywał "a nie mogli zrobić takiej samej o pociągach?"
mogli, chcieli i zrobili! duet Nowicki-Brykczyński powrócił i po raz kolejny zachęca do opowiadania mamie o pojazdach

podobnie jak w przypadku aut i samolotów, młody czytelnik znajdzie tu nieco informacji (na przykład zarys historii kolejnictwa, schematy budowy paro- i elektrowozu, czy porównanie maksymalnych prędkości starych i nowych pojazdów szynowych), kilka łamigłówek (jak szynowy labirynt, czy wyszukiwanka szczegółów różniących obrazki) oraz - chyba przede wszystkim - doskonałą bazę do snucia swoich opowieści
na ilustracjach kryją się zabawne szczegóły, lokomotywy szczerzą zęby w uśmiechach, a wąskotorowy Ryś staje się sympatycznym przewodnikiem i doskonałym kompanem w pełnej przygód wycieczce przez dworce i bocznice niemal całego świata
nic tylko wsiadać, drzwi zamykać!

"...co robią pociągi" to kolejna ciekawa książeczka z serii "Opowiem ci, mamo" 
jeśli chodzi o zasób wiedzy encyklopedycznej, a moim zdaniem, także pod względem artystycznym**, daleko jej do wielu spośród pozycji na Jankowych listach "lektur przyszłego maszynisty" (TEJ - No1 i TEJ - No 2), ale jakże bogata to pożywka dla wyobraźni!





Jan osobiście oceni dopiero w dniu urodzin, ale jestem prawie pewna, że by polecił :)

** w tej samej serii już wkrótce pojawią się "...dinozaury" z ilustracjami Emilii Dziubak, które dużo bardziej mi się podobają... jaka szkoda, że temat u nas zdecydowanie mniej popularny


ciąg dalszy nastąpi...

Czytaj dalej

Lokomotywa GRAiMY

zgodnie z nadal aktualnym w naszym domu hasłem "pociągów nigdy za wiele", wracamy do jednego z ulubionych wierszy J. -
tym razem w wersji, można powiedzieć, interaktywnej

w roli głównej:

Lokomotywa, wyd. GRAiMY


czyli gra dla dzieci (lat 4+), oparta na motywach wiersza "Lokomotywa" Juliana Tuwima

widoczne na powyższej fotografii niepozorne pudełeczko kryje 4 zestawy kwadratowych tekturek z rysunkiem lokomotyw oraz wagonów oznaczonych czterema kolorami
w trakcie rozgrywki rozkłada się je wymieszane, rewersem do góry i kolejno odsłania
celem gry jest wyszukanie odpowiednich wagoników i dołożenie ich tak, by utworzyły prawidłowy, jednobarwny skład, przypominający pociąg ze znanego utworu

na (mało prawdopodobny, chyba?) wypadek, gdyby w jakimś domu nie znalazł się tekst "Lokomotywy", zamieszczono go, wraz z notką biograficzną o autorze, w załączonej mini-książeczce z instrukcją


wraz z autorami gry

"Przed rozpoczęciem rozgrywki zachęcamy do przeczytania wiersza" :)

a następnie  zasad, chociaż...
jak na tak prostą w gruncie rzeczy grę dla dzieci, instrukcja przedstawia się według mnie nieco zawile - sama kilka razy wracałam do fragmentów opisujących zasady prawidłowego dobierania kartoników, zanim wszystko stało się jasne!
wiele wyjaśnia jednak schematyczne przedstawienie reguł na samym końcu
alternatywnie, używając tych samych elementów, można też zagrać w tradycyjną wersję zapamiętywanki typu "memo"


plus daje za oprawę graficzną - rysunki wiernie oddają słowa wierszyka i przyjemnie się je ogląda
płytki mogłyby być jednak nieco większe...


osobiście często doceniam (a czasem podziwiam) pomysł wykorzystania w grach motywów książkowych* 
myślę, że to doskonały pomysł na pokazanie dzieciom (i nie tylko) literatury w przystępny, "dynamiczny" sposób
wyzwanie, interakcja, ilustracja - to elementy, których najbardziej wymagającym/niecierpliwym czytelnikom może brakować w woluminach pełnych czarno-białych literek, a mają szansę odnaleźć je w grach nawiązujących do tekstów literackich   

na "Lokomotywę" GRAiMY zwróciłam uwagę ze względu na nazwę wydawnictwa (która ładnie pasuje do projektu Grajmy!) oraz fakt, że pomysłodawcy udało się połączyć w jedną całość to, co ja i/lub Janek lubimy najbardziej = książki, gry i pociągi :)
prócz okazji do poćwiczenia pamięci i koncentracji, dała pretekst do powtórzenia sobie treści świetnego wiersza, który oboje uwielbiamy i wspólnej, radosnej deklamacji **
chyba każdy, kto kiedykolwiek próbował czytać ten tekst na głos pamięta, jaka to frajda :)

bardzo kibicuję dalszemu rozwojowi GRAiMY, które za cel stawia sobie popularyzację literatury dziecięcej
wiem, że ma już na koncie drugą pozycję określanej jako PUFI (Pamięciowa Układanka wzbogacona Fabułą oraz Ilustracjami), z bohaterką równie znanego i bardzo lubianego wierszyka na okładce...
mam nadzieję, ze jeszcze nie raz przeżyjemy dzięki niemu taką, trochę nietypową, "planszową" przygodę z książką



* jak na przykład TEN, z wpisu Buby - super sprawa! bardziej niż w 'planszówkę' o "W pustyni i w puszczy", o której wspomniała, chciałabym zagrać chyba tylko we wszystkie gry nawiązujące do serii Świata Dysku oraz "Pana Lodowego Ogrodu" :D

tymczasem już niedługo będziecie mogli przeczytać u nas o innej tego typu pozycji dla starszaków... stay tuned! 
** krótkiego fragmentu w naszym wykonaniu możecie podejrzeć i podsłuchać TU


za egzemplarz gry dziękuję wydawcy 
Czytaj dalej

dziecię przy makiecie

"ja już trochę mniej lubię pociągi..." twierdzi ostatnio moje dziecko, coraz częściej bawiąc się miniaturowymi tramwajami
"może wcale nie zostanę maszynistą?" zaczyna się wahać...
póki co nie przeszkadza mu to jednak zupełnie w spaniu z mini-autobusem szynowym pod poduszką, wypatrywaniu torów w czasie każdej podróży i zachwycaniu się lokomotywami wszelkich kształtów i rozmiarów
nie było też absolutnie żadnym argumentem przeciw wyprawie do Gdańska, gdzie tego lata gości

największa mobilna makieta kolejowa w Europie


pojechaliśmy, a jakże, ale czy było warto?

za cenę biletu do kina wchodzimy na sporą salę na Stadionie Energa, w której duzi chłopcy poustawiali swoje tory i bawią się kolejkami - nie ma ograniczeń czasowych, więc możemy godzinami chodzić wokół gablot i oglądać ruchome modele 
świetnie, ale co w tym ciekawego?
otóż okazuje się, że całkiem sporo - i to nie tylko dla pasjonatów

entuzjazm wykazywany przez długie godziny pobytu na wystawie Makieta City przez J. nie dziwi - oto znalazł się w wymarzonej krainie, gdzie ktoś scalił w jedno to co lubi najbardziej - koleje i miniaturową infrastrukturę 
momentalnie znalazł grupkę podobnych sobie młodych wielbicieli szybkich pociągów - w kilka minut znaleźli wspólny język i cel - pogoń za białym "intercity" - rodzice mogliby zniknąć i wcale by tego pewnie nie zauważył...
kuszące, ale zamiast się niepostrzeżenie ulotnić, sama postanowiłam pobłądzić trochę między witrynami
znudziło mi się dużo szybciej niż Jankowi (który nie stracił zainteresowania przez niemal trzy godziny - aż do samego zamknięcia!), ale muszę przyznać, że było na co patrzeć 

misternie skonstruowane trasy, pełne podziemnych przejazdów, skrzyżowań, mostów i dworców budzą podziw,
a radość dzieci, które w napięciu oczekiwały, skąd wynurzy się pociąg, który wjechał do jednego z licznych tuneli i ich niecierpliwe poganianie składów "odpoczywających" na stacji - mimowolny uśmiech





całość została wykonana niezwykle szczegółowo, drobiazgowo odwzorowano elementy krajobrazu, z dbałością o różnorodne ukształtowanie terenu i realistyczną florę
ciekawe budowle, rośliny, zwierzęta, figurki ludzi oddających się rozmaitym zajęciom, pojazdy na drogach - wszystko to precyzyjne wykonane i połączone w, może nie imponująco wielką, ale naprawdę sporych rozmiarów, całość
buszując z aparatem wzdłuż trasy można odnieść wrażenie, jakbyśmy kamerą z własnego miniaturowego drona oglądali polską prowincję - podglądali harcerzy na leśnej polanie, podziwiali wspinaczy na skałkach, zaglądali sąsiadom do warzywniaka
jest klimat!







 na ruch pociągów na głównej makiecie zwiedzający nie mają wpływu - i nic dziwnego, bo jest ich naprawdę sporo i płynność ruchu musi być precyzyjnie kontrolowana
(zdarzające się z rzadka zderzenia i wypadanie z torów stanowią też swego rodzaju atrakcję - "proszę pana, proszę pana! towarowy się wywrócił!" - ale ekipa twórców czuwa!)
w maszynistę można się za to pobawić na bocznej trasie,
albo budując dla odmiany drewniany tor na stolikach w kąciku dla maluchów (z tej atrakcji nasz duży synek też oczywiście skorzystał)

makietę dodatkowo możemy "ożywić" korzystając z kilku przycisków, dzięki którym "rozpalamy" ognisko, wprawiamy w ruch karuzelę, albo podświetlamy stację
choć i bez tego aż kipi ona dynamiką - nie liczyłam, ale mam wrażenie, że na szynach mijają się dziesiątki bajecznie różnorodnych składów, a na peronach oczekują na nie setki miniaturowych podróżnych
twórcom nie brakowało też poczucia humoru, więc nawet jeśli ktoś nie ma kompletnie sentymentu dla pociągów, może pobawić się w wyszukiwanie zabawnych nazw stacji, albo scenek rodzajowych

podsumowując - dziecko zachwycone, a rodzice wcale się nie wynudzili*
atrakcja na pochmurne popołudnie w Trójmieście - na Stadionie Energa jeszcze do  28.08. - jak znalazł!
Janek poleca :)




* przynajmniej przez pierwszą godzinę... ale że mają tam też automat z kawą i całkiem wygodne fotele, na kolejne wystarczy zabrać ciekawą książkę ;)

Czytaj dalej

POCIĄGI znowu w grze!

znam kilku rodziców, którzy o kolejowej pasji swoich dzieci mówią "pamiętam, że jak miał 3 lata, to szalał za kolejkami, ale dawno mu przeszło" - ciekawe kiedy (czy kiedykolwiek?) będę mogła to powiedzieć o Janku

póki co ryzyka nie ma
pojawia się wiele dodatkowych pasji i zainteresowań, ale "stara miłość" - wiadomo...
i stąd dziś - kolejny raz u nas -

POCIĄGI!

tym razem w postaci świetnej gry rodzinnej, która nawet naszego małego planszówkowego malkontenta przekonała do pełnej rozgrywki zgodnie z regułami i nie zebrała przy tym ani jednej negatywnej opinii od starszych graczy
ale po kolei (sic!)

po pierwsze  - co to dokładnie za gra?


 

chodzi o "Pociągi. Europa", grę planszową wydaną pod tą nazwą przez wydawnictwo Foxgames
według producenta przeznaczona jest dla 2-6 graczy, w wieku od 8 do 108 lat, a czas rozgrywki ma wynosić około 30 minut
nie wiem, czy znaczy to, że szło nam za dobrze, czy przeciwnie - tak słabo - w pół godziny się jednak nigdy nie uwinęliśmy...
za to całkiem przyjemnie grało mi się również z pięciolatkiem! (o czym dwa słowa kiedy indziej)
przetestowaliśmy zabawę w kilku konfiguracjach i zgadzam się, że mechanika działa zarówno przy minimalnej, jak i maksymalnej liczbie graczy, przy czym szybciej (i znacznie weselej) jest, gdy swoje tory buduje wielu zawodników

ale zaraz - jakie tory?

otóż w pudełku znajdujemy:


  • planszę stylizowaną na mapę Europy - miejscami niezbyt dokładną, ale ogólnie przyjemną dla oka, z zaznaczonymi potencjalnymi połączeniami między różnymi punktami  
  • komplet 35 kart w 5 różnych kolorach, ilustrujących miasta z różnych zakątków kontynentu, wyraźnie, barwnie oznaczone również na mapie-planszy 
  • 6 kompletów "pionków" dla poszczególnych graczy - w postaci lokomotywki, walca oraz trzech patyczków-torów, w 6 różnych kolorach
  • kilkadziesiąt czarnych, drewnianych patyczków, które służą w rozgrywce jako uniwersalne szyny, za pomocą których łączymy nasze miasta

jak to "nasze miasta"? i co to znaczy "łączymy"!?


celem gry jest rozbudowanie sieci kolejowej tak, by patyczki-tory połączyły pięć "różnokolorowych" miast, widocznych na otrzymanych na starcie pięciu kartach
tu utrudnienie - każdy gracz dąży do połączenia własnego (tajnego) zestawu 5 miast
i ułatwienie - można korzystać z wcześniej zbudowanych przez przeciwników tras
tory układamy według prostych zasad:
w pierwszej turze każdy ustawia swoją stację główną - kolorowy walec-znacznik - w dowolnie wybranym mieście lub na skrzyżowaniu,
następnie kolejno dokładamy patyczki-szyny tak, by stworzyły sieć kolejową
utrudnienie - każdy dokładany tor musi być połączony ze stacją główną danego zawodnika
i... utrudnienie - w każdej turze można dołożyć zaledwie dwa tory, albo nawet tylko jeden, jeśli chcemy zająć trasę oznaczoną na planszy podwójną linią  



po połączeniu przez jednego z graczy wszystkich jego miast podliczamy wynik - będą to karne "punkty niezadowolenia pasażerów" dla każdego z pozostałych budowniczych, po tyle, ilu odcinków zabrakło im do połączenia w kompletną sieć własnych miast
i... zaczynamy od nowa!

hej! jak to? od razu rewanż?

tak, i to obowiązkowy ;)
zgodnie z zasadami pojedyncza rozgrywka to zaledwie jedna runda
przy czym do końca nie wiadomo ile ich będzie, bo gra kończy się dopiero, gdy jeden z graczy uzbiera 12 punków karnych - zwycięzcą zostaje ten, kto ma ich w tym momencie najmniej
takie podejście wydaje mi się bardzo sensowne, zmniejsza bowiem wpływ losowych czynników na ostateczny wynik i daje statystycznie większą szansę na to, ze wygra najlepszy
choć trochę szczęścia jednak też trzeba mieć...
losowy (choć według mnie maksymalnie zoptymalizowany) jest bowiem rozrzut  miast, które otrzymujemy do połączenia, podobnie jak kwestia "sympatycznych sąsiadów" - nie każdemu trafi się tak, że przeciwnik akurat będzie układał swój tor po drodze do nas, ale niektórym - jak najbardziej!

i tu, jeszcze jedno utrudnienie/ułatwienie, powiedzmy - urozmaicenie:
można od razu (albo kolejnym razem) umówić się na grę z dodatkową zasadą, nieco zmniejszającą losowość i odrobinę zwiększającą negatywną interakcję, czyli możliwość korzystania z Objazdu
według reguł nazwanego tak dodatku, oprócz czarnych, "wspólnych" szyn, używamy także kilku (3) własnych, kolorowych - z fragmentu trasy "odciętego" takim barwnym torem, nie może skorzystać przeciwnik

i już? to tyle?

w zasadzie tyle
dla wytrawnych graczy, zapewne tylko tyle - nie znajdziemy tu bowiem okazji do snucia wielkich intryg i misternego planowania strategii, a czynnik losowy odgrywa znaczną rolę... nawet geek nie powinien jednak się do niej z góry uprzedzać
idealna za to będzie dla rodziny, chcącej w miły sposób spędzić popołudnie, albo grupy znajomych o różnym stopniu planszówkowego zaawansowania - z nawiązką wystarczy!
reguły tłumaczy się i pojmuje w mig (koleżanka-"humanistka" potwierdza, że są przyjazne nie-matematykom), a na zwycięstwo, teoretycznie, ma szansę każdy 
rozgrywka jest dynamiczna, wykonanie - bez zarzutu, zabawa - naprawdę niezła

Janek - wiadomo, polubił "Pociągi. Europa" już za sam temat,
ale, co ciekawe, również nikt z pozostałych "testerów" (w liczbie 10) nie miał negatywnych uwag!
no, może poza "ja zawsze dostaję najgorszy układ!", "oczywiście, znowu moje miasta na skrajnych końcach" itp. - co tylko dodawało rozgrywkom odrobiny emocji i sympatycznego kolorytu

tak to wyglądało w praktyce:

wersja podstawowa, sześciu graczy

w wersji z dodatkiem, pięciu graczy


c.d. tego tematu - pełen alternatywnych zastosowań, domowej edukacji i zupełnie nowych zasad - nastąpi,
niemniej już w wersji podstawowej zachęcam do wypróbowania "Pociągów" w gronie przyjaciół i rodziny
my się nie zawiedliśmy!


za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu

wpis w ramach akcji:

Czytaj dalej