Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5-6 lat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5-6 lat. Pokaż wszystkie posty

Basia. Wielka księga przygód 4

pamiętacie Basię?
pisałam o niej już wcześniej - jako przykładzie książkowej bohaterki, która "czaruje" nieodpartym urokiem i potrafi błyskawicznie wkupić się w łaski czytelnika
pierwszy raz pojawiła się u nas jako sympatyczna przewodniczka po krainie pociągów (tu), później poznawaliśmy ją bliżej czytając "Wielkie księgi" w ramach Przygód z książką (tutaj) - mimo upływu lat oba wspomniane wpisy i książki o których traktują nie straciły nic na aktualności

autorki serii opowiadań o Basi jednak nie próżnują!
ku radości wszystkich fanów, do kolekcji opowieści o dziewczynce w pasiastej bluzeczce przybyło następnych 7, które tej jesieni ukazały się w zbiorczym wydaniu pt. "Basia. Wielka księga przygód" z numerem 4


zbiór ten - pełen jesienno-zimowych impresji i pomysłów - wydaje się idealny na aktualną porę roku
przeczytamy tu m.in. o wycieczce na grzyby, rodzinnym treningu piłkarskim, przygotowaniach do Bożego Narodzenia i nauce szusowania w czasie ferii
z rodziną Basi pojedziemy (autobusem, hura!) obejrzeć muzealną wystawę, a z całą grupą przedszkolaków odwiedzimy bibliotekę, w której (podobnie jak w naszej) całkiem sporo się dzieje
poznamy też historię pewnego niezapomnianego remontu...


jak zwykle, zwykłą-nadzwyczajną rodzinę Basi w wielu codziennych i kilku rzadziej spotykanych sytuacjach podglądamy na ilustracjach Marianny Oklejak
połączenie tych ciepłych "z życia wziętych" obrazków i prostej, ale pełnej uczuć treści tworzy (ponownie) naturalną, bliską sercu całość - obraz kochającej rodziny, w której, jak w każdej, przeplatają się złości i radości, codzienne zmęczenie i świąteczny nastrój, drobne nieporozumienia, poważne pytania, remontowy hałas i bałagan oraz świetna zabawa



wydawałoby się, że Janek powinien już powoli wyrastać z książeczek o Basi, upodabniając się do jej starszego brata, który, jako ważny i poważny uczeń, czasem nieco z góry traktuje swoje młodsze rodzeństwo
nic bardziej mylnego! nadal z zaciekawieniem zagląda do Basinego domu, cieszy się z Frankowego seplenienia, śmieje z kuchennych przygód i chyba trochę zazdrości spacerów w wieloosobowym komplecie...
z drugiej strony - czemu tu się dziwić - przecież, tak jak w przypadku Janka, brata Basi, również ten "najstarszy w rodzinie" jest jeszcze ciągle pełen dziecięcych emocji i podobnie jak maluchy potrzebuje beztroskiej zabawy, okazywania czułości i poczucia przynależności do rodziny


ostatecznie stwierdzamy, że 'Basie', choć wprost idealne dla przedszkolaków nadają się nawet dla omc siedmiolatków ;)
jedyny kłopot to fakt, że ten mój wszystkie 7 historyjek z najnowszej "Wielkiej księgi przygód" przeczytał za jednym posiedzeniem - w niecałą godzinę!
no cóż, w każdym razie dobrze, że istnieją właśnie takie zbiory - pojedyncze wydania w sztywnych oprawach stały się dla nas zupełnie nieekonomiczne ;)


za Basię dziękujemy Zofii Staneckiej i wydawnictwu Egmont
Czytaj dalej

czytanie-układanie z wyrywanymi stronami

pierwsza edycja Przygód z książką dodała mi odwagi, żeby zacząć odwiedzać Jankowe przedszkole z ciekawymi lekturami i czytać dzieciom
od tamtego przygodowego 'pierwszego czytania' minęły już dwa lata (jak? kiedy!?), a Biedronki dwukrotnie awansowały i nie są już maluchami, lecz Zuchami, ale moje wizyty - ku obopólnej radości - stały się tradycją

od początku starałam się rozważnie dobierać tematy i zaciekawić treścią, ale wiadomo, dzieci mają różne gusta i potrzeby - jedno zainteresuje "Elementarz matematyczny", inne opowiadania o Basi, jeszcze inne wiersze o jesieni... 
okazało się, że ostatecznie wszystkich nas łączy zapał do podejmowania dyskusji i wykonywania dodatkowych zadań powiązanych z tekstami, dlatego staram się zawsze coś takiego wymyślić
i tak na przykład towarzyszyły mi już w odwiedzinach gry planszowe (o tym więcej kiedy indziej), po lekturze na temat wakacyjnych wyjazdów wędrowaliśmy przez wyimaginowaną krainę pełną terenowych przeszkód, udało się też zrobić dawno zaplanowane wiewiórki...


w zeszłym roku strzałem w dziesiątkę okazał się wybór układanki "Pod wodą" autorstwa państwa Szwajkowskich - dzieci świetnie bawiły się słuchając wierszyków-zagadek na temat mieszkańców morskich głębin i z wielkim zaangażowaniem dokładały kolejne "puzzle"
(z tą układanką bawiliśmy się także nie raz w różnym gronie w domu i ogrodzie - zawsze budzi entuzjazm maluchów i ma spory potencjał edukacyjny, postaram się więc jeszcze o niej kiedyś więcej napisać)

tej jesieni zabrałam ze sobą do przedszkola podobne 'książkozabawki' i...
co tu dużo mówić - także zrobiły furorę :)
polecam zatem niniejszym do grupowego czytania, układania, podziwiania, komentowania i wyszukiwania książki-układanki wydawnictwa Nasza Księgarnia

przede wszystkim

"Drzewo" Katarzyny Bajerowicz -

całokartonową książkę z wyrywanymi stronami, z których złożyć można wielkoformatowy obraz przedstawiający okazały dąb i mnogość jego leśnych mieszkańców



dzięki ciekawym opisom dzieci poznają gatunki i zwyczaje zwierząt, ptaków i owadów zamieszkujących pień i jego okolice oraz inne rodzaje polskich drzew, wykonując zadania umieszczone na rewersach niektórych kart ćwiczą spostrzegawczość i utrwalają zdobytą wiedzę
znajdziemy tam też doskonałe jesiennych inspiracji dla młodych artystów i eksperymentatorów  
a całość prezentuje się wspaniale!



i przy okazji


"Żeloglutki na placu budowy" Janusza Wyrzykowskiego -

układankę tego samego typu, przedstawiającą plac budowy w odrealnionej, "rysunkowej" formie

na 15 kartach znajdziemy tu kilkanaście pojazdów i maszyn w otoczeniu żółtych stworków o specyficznych upodobaniach, a na ich odwrocie - ponownie - zachęcające do aktywności zagadki i wyzwania


intensywne kolory, wielość szczegółów i kompozycyjny chaos przyprawiają o zawrót głowy, a odpowiednie uporządkowanie układanki, czy późniejsze odszukanie zadanych elementów staje się nie lada wyzwaniem

siłą rzeczy pozycja ta wzbudziła mój mniejszy entuzjazm, ale zdecydowanie nie można tego powiedzieć o przedszkolakach :) 


podpowiecie, jaka lektura lub książkowa zabawa mogłaby wywołać podobny "efekt wow"?


Czytaj dalej

spoza tęczy - szare zoo

jak mówią, w sieci można znaleźć wszystko (albo prawie wszystko)

ostatnio, dzięki koleżance, która podzieliła się linkiem (dzięki Aga!), znaleźliśmy... misia 
a potem jeszcze kilka innych stworzeń - do stworzenia
z ręczników

Janek od razu zabrał się do dzieła - zwijał, podtrzymywał, przynosił gumki i kibicował dzielnie mamie, która dopiero w trzecim podejściu jako tako zwinęła słoniową trąbę...
na koniec wymyślił dla słonia kły

a że ręczniki (i ołówki) mamy SZARE, zamieszkało z nami małe szare zoo :)


zabawa okazała się na tyle fajna (i prosta), a efekt tak "przytulny", że w ciągu kilku dni powstało całkiem sporo misiaków - z licznych ręczników i kocyków w naszych i zaprzyjaźnionych domach

jeden teraz z Jankiem śpi

    
póki co nie jest szary, ale pewnie niedługo też będzie ;)


przed nami jeszcze stworzenie króliczka, łabędzia, małpki, kota, homara, żółwia...

zabawę w składanie własnych przytulanek i pięknie wyglądających prezentów (że też nie widziałam nigdzie takich miśków zanim daliśmy kocyk Anielce!), bardzo polecamy pod hasłem SZARY w ramach projektu Spoza tęczy,
ale oczywiście ręcznikowe przytulaki mogą być też jak najbardziej tęczowe!
youtube służy tutorialami pod hasłem ...z ręcznika
może pochwalimy się, jak ogarniemy kolejne ;)
dajcie znać, jeśli też próbowaliście

--
inny mój wpis w kolorze szarym, bez dziecka - raczej dla dorosłych i rodziców nastolatków, więc spoza projektu - znajdziecie TUTAJ,
a całe spektru poza tęczowych kolorów w rozmaitych ujęciach - na blogu Bajdocja, w ramach akcji-inspiracji: 


warto zajrzeć!
Czytaj dalej

Ahoj, piraci! Grajmy!

zaledwie niecały rok temu zachwycałam się tu zwiastunami nowej serii gier dla dzieci, wydawanej przez Egmont pod hasłem "zagraj ze mną"
pochwaliliśmy się, jak świetnie bawimy się przy Kolorowych biedronkach (niebieskie opakowanie oznaczało rekomendację dla dzieci w wieku 4+) i, chyba nawet jeszcze lepiej, ze Zwierzakami na tratwie (kartonik żółty - 5+)  
tym razem trafiło do nas kolejne pudełko z tej serii, czerwone = polecane w nowej kategorii wiekowej (6+),
które kryje grę

Ahoj, piraci!


w jej skład wchodzą:
bardzo ładna, przejrzysta plansza przedstawiająca wyspy skarbów i morskie trasy między nimi,
unikatowe, drewniane "pionki" w kształcie statków,
"skarbiec" złożony z 64 kółeczek-trofeów
oraz niby-busola z ruchomą wskazówką

jednym słowem - same śliczności!


podstawowe zasady gry są banalne
zaryzykuję stwierdzenie, że dowolny, przeciętny sześciolatek pojmie je w minutę i natychmiast zażąda rozegrania pierwszej partii, licząc na rychłą możliwość zakręcenia kuszącą, czerwoną strzałką

może się zdarzyć, że długo sobie na ten moment poczeka, turlając w międzyczasie kostką, przesuwając swój okręt pomiędzy wyspami i rabując pozostawione na nich skrzynie...
ostatecznie prawdopodobnie jednak doczeka się spotkania na jednym polu z przeciwnikiem, czyli okazji do abordażu! "koło fortuny" zadecyduje w tym przypadku, czy będzie mógł skraść ładunek konkurenta i przenieść go na własny pokład


rozgrywkę dodatkowo ubarwić może mu także grożące statkom na niespokojnych, tropikalnych wodach tornado - kolejna okazja do pokręcenia wskazówką i zdobycia/zaprzepaszczenia cudzych skarbów lub spowolnienia nieprzyjacielskiej łajby


niestety, mam wrażenie, że przy grze zgodnej z regułami spotkanie huraganu (który nota bene wygląda bardziej jak grzybek niż trąba powietrzna), mimo pozornej możliwości "sterowania", jest w ogromnej mierze przypadkowe
tornado często mija się ze statkami i jego spotkanie przytrafia się naprawdę sporadycznie - dużo rzadziej niżby mogło, na przykład gdyby poruszało się w zmiennych kierunkach, działało także napotkane na wyspie, albo potrafił generować je jakiś pokładowy szaman
wypróbowałam z synkiem kilka alternatywnych możliwości i wówczas emocje wydawały się być z mojego punktu widzenia nieco większe...


grę "Ahoj, piraci!" testowały u nas Zuchy w rekomendowanym wieku 5/6+ i dziewięciolatek

dzieciom podobał się bodaj każdy element zabawy:
począwszy od losowego wyznaczania kolejnych kroków (i chuchania na kostkę),
przez prawo do decyzji przy zdobywaniu skarbów i samodzielne "nawlekanie" ich na maszty,
zasady abordażu i porywania zdobyczy przez tornado,
wzajemne pilnowanie uiszczania opłaty za korzystanie ze skrótów i konieczność bezpiecznego powrotu do portu na rozładunek, a potem przeliczanie zasobów i kalkulowanie "strategii" kolejnego okrążenia,
aż po zróżnicowane grafiki przedstawiające postaci w poszczególnych przystaniach, na które sama prawdopodobnie nawet nie zwróciłabym uwagi...

totalnie nie przeszkadzały im dość poważne (według mnie) wady tej gry, takie jak bardzo małe pole manewru gracza i ograniczanie wszelkiej decyzyjności przez rzut kostką, zupełnie przypadkowy rozkład narażenia na klęskę żywiołową, czy szansę na obrabowanie przeciwnika i jedyną słuszną "taktykę" załadunku (lepiej nie więcej niż 5!)*

niezależnie od płci, preferencji tematycznych i szczególnych zainteresowań, wszystkie (!) nasze starszaki były grą wprost zachwycone i od początku do końca w 100% zaangażowane w rozgrywki,
a do grupy fanów gry dodatkowo dodać należy upominających się głośno o swoją kolej na zabawę stateczkami trzylatków!

co tu więcej pisać - zdaje się, że wobec tak zgodnego frontu starszych przedszkolaków i młodszych uczniów, którzy stanowią wszak główną grupę docelową produktu, moje prywatne opinie tracą na znaczeniu...

"Ahoj, piraci!" okazała się wprost fascynująca dla młodzieży młodszej!


cóż, najważniejsze, że zainteresowani spokojnie radzą sobie z nią sami, wiec rodzice zyskują czas na własne rozgrywki :)

a to oznacza, że ciąg dalszy planszówkowych recenzji w ramach projektu Gramy! - tym razem dla bardziej doświadczonych graczy - nieuchronnie nastąpi!


* edit: po kolejnych kilku partyjkach z synem (sam wyciąga i namawia!) jestem już bardziej skłonna przyznać, że czasem ryzyko jednak może się opłacić - porzucam myśl o jednej, najlepszej "strategii", zwracam honor twórcy gry i zapominam o asekuranctwie - od dziś będę dwa razy zastanawiać się, czy czasem nie ładować do 6 ;)

Czytaj dalej

dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

w pewnych kręgach istnieje teoria, że ludzie dzielą się na dwa rodzaje - fanów albo Star Treka, albo Gwiezdnych Wojen
z własnego doświadczenia wiem, że istnieje jeszcze trzecia możliwość
otóż bywają także tacy, którzy oba wyżej wymienione kojarzą jak przez mgłę, toteż jest im doskonale wszystko jedno...

żaden to powód do dumy, w dzisiejszych czasach raczej dowód sporego antykonsumpcyjnego zdziwaczenia, fakt jednak pozostaje faktem - nie znam się kompletnie na starłorsach!
do tej pory wystarczało mi kojarzyć kilka "kultowych" cytatów i wiedzieć z grubsza, kto jest czyim synem,
posłanie dziecka do przedszkola stawia jednak przed rodzicem czasem zupełnie nieoczekiwane wyzwania...
WSZYSCY się w to bawią, mamo!
pod groźbą wykluczenia z grupy rówieśniczej chowanego z dala od szklanego ekranu dziecięcia, trzeba się było rozprawić z własną ignorancją...
NIE MOŻNA nie znać Star Wars!

mały kłopot - jakoś nie jestem pewna, czy Gwiezdne Wojny to filmy odpowiednie dla pięciolatka...
zaczęłam więc, z pomocą wyd. Egmont, po swojemu, czyli od książki


"Star Wars. Krótkie opowieści na dobranoc" to 11 opowiadań opartych na fragmentach 7 części filmowego cyklu
a w nich:
  • krótkie historyjki pełne przygód, fascynujących planet i znanych (wszystkim) bohaterów,
  • sceny pojedynków na świetlne miecze, mądrości Yody, ultranowoczesne roboty wprost z pewnej odległej galaktyki,
  • walka o władzę nad światem, ludzkie słabości i dylematy, odwieczna walka obu stron Mocy...
czego więcej trzeba młodemu pasjonatowi (również temu in spe) Gwiezdnych Wojen!?
może tylko ładnych obrazków...
ha! też tu są :)
ilustracje stanowią moim zdaniem bardzo mocną stronę książeczki - doskonale oddają klimat opowieści, odwzorowują postaci bohaterów i przedstawiają ich emocje
są dokładnie tak szczegółowe, kolorowe, przejrzyste, jak dla młodego czytelnika powinny być



tekst jest stosunkowo prosty - o ile można tak powiedzieć o historyjce usianej dziwacznie brzmiącymi nazwami i imionami, ale wiecie chyba jak się czyta R2-D2 ;) - a czcionka (czytelna, bezszeryfowa!) wyraźna, stąd wielu uczniów na początku szkoły podstawowej na pewno będzie miało frjdę z samodzielnego czytania
jeśli o mnie tego do końca powiedzieć nie można, to tylko dlatego, że opowieści, choć ułożone chronologicznie (podobno, ja mogę wnioskować tylko po stopniowym dorastaniu Luke'a i postarzeniu się Hana Solo) są całkowicie wyrwane z kontekstu i luźno z sobą powiązane
dla fanów serii na pewno byłaby to ciekawa powtórka w syntetycznej formie, choć na nas, nowicjuszach, wywarła wrażenie pewnego chaosu
nie miałam pojęcia, że aż tyle się w tym kosmosie dzieje ;)

oczywiście nie obyło się bez scen walki, porwań, gróźb i niszczenia mienia, ale mądry przekaz - zasady Jedi, wiara w ideały, wzajemna pomoc, siła więzów przyjaźni - w pewnym sensie równoważy tę (konieczną?) dawkę przemocy




pierwszy krok na drodze J. do"gwiezdnego" fandomu - zrobiony!

zbiegiem okoliczności szybko zdarzyła się okazja do wykonania drugiego...
tegoroczny weekend 16-18.09. minął nam pod znakiem Coperniconu
podobnie jak wcześniej na Pyrkonie, starałam się tak skomponować program, żeby wynieść coś dla siebie, ale i nie dać się dziecku zanudzić - było trudniej, niż w Poznaniu (jak to, nie ma klocków LEGO!?), ale ostatecznie chyba się udało

między innymi dzięki ekspozycji modeli kosmicznych pojazdów (wow! otwieralny Sokół Millenium!)


oraz mini grze terenowej "Lot przez galaktykę"
co prawda zabawa okazała się nieco zbyt wymagająca dla przedszkolaka, ale razem daliśmy radę - ja czytałam długie opisy poszczególnych planet, a J. rozwiązywał zagadki i poszukiwał kolejnych "stacji" sprytnie rozmieszczonych w budynku I LO


uczciwie muszę przyznać, że zgłębianie historii, geograficznych i społecznych fenomenów świata Star Wars naprawdę mnie wciągnęło - kto wie, może jednak w końcu obejrzę te filmy...
nawet trochę było mi szkoda, że na odkrycie czekało zaledwie 10  planet galaktyki i szybko dotarliśmy do czekającego na mecie sympatycznego (i przystojnego) Mandalorianina, któremu J. podał ostatecznie odczytane tajne hasło



naszą dwustopniową misję rozpoznawczo-zapoznawczą w świecie Gwiezdnych Wojen uważam za zakończoną pełnym sukcesem!


wrażeniami podzieliliśmy się w ramach kolejnej odsłony cyklu



niech Moc będzie z wami! 

Czytaj dalej

okruchy lata 2016

tegoroczne lato - jak zwykle za krótkie - kończy się właśnie ostatnimi upalnymi dniami i zimnymi wieczorami
czemu kolejny raz niemal niezauważalnie minęło!?
w rozpaczliwej próbie zatrzymania go na dłużej zachłystujemy się wrześniowymi pięknymi wieczorami i weekendami na Błoniach, nad jeziorami, w mełeńskim ogródku, na Toruńskiej Starówce, próbując przypomnieć sobie tych kilkadziesiąt letnich, które już za nami...


prawdziwego urlopu, wiadomo, było znów za mało, ale patrząc wstecz na popołudnia i niedziele ostatnich kilku miesięcy, będzie za czym tęsknić
poniżej kilkanaście pominiętych we wcześniejszych letnich wpisach obrazków z podwójnym przesłaniem
1. wszędzie może być pięknie, wystarczy tylko wyjść z domu
oraz
2. nie ważne gdzie, ważne z kim!

na pamiątkę:
pewnej szczęśliwie reaktywowanej znajomości z bonusem +3

odwiedzin na budowie i Naszej Księgarni u nas
(btw co ze mnie za bloger - Pan Janek z dziewczynami nas odwiedza, a ja nawet zdjęcia nie zrobiłam :P) 

licznych plażowych impresji nad jeziorem "tuż za rogiem", zawsze w doborowym towarzystwie

obalenia dziecięcego wyobrażenia o czerwonej skorupie 

przyjemności, jaką daje obserwowanie ich razem, przemierzających świat :)

ciągłych zaskoczeń upływem czasu (choć hasło: opanuj Gniew! stale dla mnie aktualne)

zielonych horyzontów jako promotorów procesu opanowywania ww

zawsze wyjątkowych powrotów na Wybrzeże

jeszcze wspólnych wypraw na plac - kto wie, czy to już nie początek końca...

kolejnego sezonu bycia fit :D

licznych korzyści edukacyjnych płynących z położenia CEE w bezpośrednim sąsiedztwie torów kolejowych

rulewskich harców na linach i trawnikach

energetycznych wieczornych atrakcji lokalnych (a co? nie tylko Toruń ma swoje "światełka"!) 

pysznych malin i arbuzów oraz wielce gościnnych gospodarzy pewnego ogrodu,
godnie reprezentowanego powyżej przez współgospodarza :)


weekendów dodających mocy...


i to wcale nie dzięki magii wąsiorskich kamiennych kręgów!

ot, taka garstka kadrów z wakacyjnej codzienności - nie pozowane migawki, które przypominają miłe chwile
żadnych fajerwerków...
ale w końcu nie o to chodzi, by obserwować życie przez obiektyw, ale po prostu żyć, prawda? oby jesienią udało mi się zachować to kluczowe tego lata nastawienie! :)


niemniej ciąg dalszy, w postaci postów pełnych wrażeń i pięknych zdjęć z wartych odwiedzenia polskich miast, które odwiedziliśmy w miedzyczasie (Kazimierz Dolny, Sandomierz, Sanok, Toruń), mam nadzieję, jeszcze nastąpi...

Czytaj dalej