gdy emocje wchodzą do gry...

emocje - trudny temat
zapewne wielu jest takich, którym bez trudu przychodzi rozmowa o uczuciach, nazywanie własnych potrzeb, uzewnętrznianie stanów ducha
pozostałym na drodze rozwoju umiejętności konstruktywnego wyrażania emocji, kształtowania empatii i poznawania siebie (jako siebie samego oraz siebie nawzajem), być może nie zaszkodzi sięgnąć po planszówki

dziś proponuję
1.

Emocje

nazywam - rozumiem - wyrażam


to przede wszystkim propozycja dla grup rówieśniczych i terapeutycznych, narzędzie do pracy nad emocjami dla specjalistów - psychologów, pedagogów, wychowawców, skierowane do odbiorców powyżej 10. roku życia
- tak w każdym razie przedstawia ja zespół redaktorski w osobach nauczyciela, psychologa szkolnego i socjoterapeutki w załączonej książeczce-instrukcji
w warunkach domowych nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by bawić się w gronie rodziny


sam przebieg gry jest banalny (rzut kostką - ruch pionkiem - odpowiedź na pytanie odczytane z planszy), toteż regułom poświęcono zaledwie kilka wersów
panie Dorota Sieczko i Elżbieta Michałowska obszernie opisują natomiast cele i możliwości jakie gra otwiera przed prowadzącym i uczestnikami oraz naturę poszczególnych stanów emocjonalnych, przybliżając temat laikom, ułatwiając otwarcie się na proponowaną zabawę i rozmowę o uczuciach
liczą na wykorzystanie proponowanej pomocy do kształtowania m. in. takich zdolności jak współpraca, tolerancja i akceptacja innych, nawiązywanie pozytywnych relacji, budowanie poczucia własnej wartości, aktywne słuchanie, umiejętności komunikacyjne i satysfakcja z przebywania w grupie



na grę składa się 6 plansz, które mogą być używane jako komplet lub pojedynczo
pięć z nich zawiera pytania dotyczące osobistych odczuć i doświadczeń - ogólnych, służących wzajemnemu poznaniu, "przełamaniu lodów" i w zakresie 4 emocji: radości, smutku, złości i strachu
ostatnia to "Meta", która ma w ciekawy sposób rozładować emocje (sic!) powstałe w trakcie rozgrywki

nie miałam okazji obserwować, jak gra sprawdza się na zorganizowanych zajęciach, ale łatwo mogę wyobrazić ją sobie wykorzystywaną w świetlicy terapeutycznej czy w ramach "godziny wychowawczej"
z punktu widzenia matki i osoby niezbyt wylewnej bardzo doceniam jednak także jej potencjał jako pretekstu do poruszenia "trudnych tematów" w rodzinie
"Emocje" pomagają zajrzeć wgłąb siebie, skupić na własnych uczuciach i potrzebach, otworzyć się przed sobą nawzajem i spojrzeć na drugą osobę - dziecko, rodzica, partnera - z nowej perspektywy
dają możliwość podzielenia się wyznawanymi wartościami, przełamania tabu, lepszego zrozumienia cudzych postaw i zachowań
 sprawdza się w tej roli w gronie od przedszkolaków po seniorów


2.

Gra na emocjach


proponuje z kolei całkowicie odmienne podejście do tematu - tym razem nie mówimy nic!*

gra skierowana jest głównie do odbiorców w wieku 10+, czyli osób, które są już w stanie świadomie rozpoznawać swoje uczucia, przejawiać empatię i wieloznacznie odczytywać symbole
to ważne, ponieważ w trakcie rozgrywki proste ikony będą miały za zadanie zobrazować całe spektrum emocji

zabawa polega na naprzemiennym zadawaniu współgraczom pytań o uczucia jakie budzą w nas określone sytuacje i "odpowiadaniu" innym za pomocą obrazków
możemy pytać o momenty "z życia wzięte", dotyczące codziennych zmagań, ale równie dobrze (a może nawet lepiej) zadawać pytania o reakcje na potencjalne, trudne, zabawne, absurdalne wydarzenia
najciekawszy aspekt zabawy to fakt, że konkurując o punkty, musimy maksymalnie wczuć się w sytuację pytającego, postawić w jego roli i zdecydować, jak on/ona czuliby się w danej chwili
biorąc pod uwagę, że za każdym razem odpowiedź wybrać możemy spośród zaledwie 5 prostych piktogramów - zwykle wcale nie jest łatwo

w skrócie:
w pudełeczku znajdujemy kilkadziesiąt kart z prostymi, wieloznacznymi symbolami
graczom, których musi być przynajmniej 3 (ale aż do 10!), rozdajemy po pięć kart
w każdej turze jedna osoba zadaje pytanie rozpoczynające się od sformułowania "jak się czuję, gdy...", pozostałe - odpowiadają, wykładając zakrytą kartę z wybranym symbolem
po odkryciu kart zadający wybiera ilustrację najbliższą wyobrażeniu emocji towarzyszącej mu w rozpatrywanej sytuacji
osoba, do której należała karta otrzymuje punkt - zwycięża osoba, która zgromadzi takie 3

jako że opowiadanie o zasadach nie oddaje w pełni "klimatu" gry,
spróbujmy inaczej:

jak się czuję, gdy czytam instrukcję "Gry na emocjach"?

jak się czuję, gdy odkrywam, że dołączono karty podpowiedzi pełne przykładowych pytań?

jak się czuję, gdy widzę zgrabne pudełko z "Grą na emocjach"?

co szczególnie cenne, nikogo (nawet zwykle sceptycznych rodziców i wujostwa), nie trzeba było długo do zabawy przekonywać
zasady są jasne, karty czytelne, a możliwości w zakresie zadawania pytań nieograniczone, dlatego praktycznie w każdym gronie da się "Grę na emocjach" wyciągnąć i "rozkręcić"
a potoczyć się może w wielu, czasem całkiem nieoczekiwanych kierunkach...
mimo że regularnie w "Grę na emocjach" przegrywam, myślę że czas spędzony przy niej ze znajomymi i rodziną absolutnie nie jest stracony ;)

* drobne wyjaśnienie w kwestii milczenia w trakcie gry sugeruje dyrektor ds. gier planszowych NK:
Napisała Pani, że w tej grze nic się nie mówi, a właśnie na wyobraźni i mówieniu ta gra się opiera. Gracz zadający pytanie odkrywa karty wyłożone przez graczy i musi je zinterpretować, czyli powiedzieć jakie emocje wiążą się z symbolami na kartach.
pan Jarosław podpowiada także, że konieczność opowiedzenia o emocjach jest szczególnie ważna w przypadku gry z dziećmi, które mogą mieć kłopoty z ich nazywaniem
z ostatnią uwagą oczywiście jak najbardziej się zgadzam i muszę przyznać, że z nastolatkami własnie w ten sposób graliśmy najczęściej
nie zaprzeczę, że także w starszym gronie, choć grywamy zwykle "po cichu" (wg mnie instrukcja nie zmusza do wypowiedzenia swoich domysłów co do poszczególnych piktogramów), pojawiały się ciekawe opowiadania interpretacyjne i zabawne komentarze
uspokajam więc tych, którzy obawiali się drętwego siedzenia w ciszy - that's not the case :)

jak widać, z planszówkami powiedzenie o graniu na emocjach zyskuje nowe znaczenie...
pozostaje więc tylko zachęcić:

Czytaj dalej

elementarz przyrodniczy

mało nas ostatnio w domu, mało na blogu...
wiosna!
biorąc przykład z zieleniejących krzewów i rozświergotanego ptactwa, robimy dobry użytek z przypływu sił witalnych, korzystając z każdej okazji, by podziwiać energię, z jaką natura budzi się z zimowego odpoczynku, wąchać świeżo skoszone trawniki, kwietne łąki i łany rzepaku, przyglądać i dziwić się światu

czasem na wycieczki zabieramy jednak książeczki ;)
ostatnio nawet taką nie najlżejszą i w grubej oprawie, czyli

"Elementarz przyrodniczy"



jeśli chodzi o definicje, zgadzam się z Wikipedią:
"Przyroda (...) – w najszerszym znaczeniu wszechświat, rzeczywistość. Termin ten obejmuje także zjawiska fizyczne oraz życie – bez uwzględnienia wytworów i oddziaływania ludzi."
najlepszym "elementarzem" poznawania przyrody jest w tym kontekście być blisko, obserwować i próbować zrozumieć
uczyć się przyrody tylko z książki? w żadnym wypadku!
podobnie jak zawężać temat do podstawowych pojęć i schematów z dziedziny biologii
bardzo ucieszyło mnie, że twórcy "Elementarza..." prezentują podobne podejście
jak pisze redaktor we wstępie:
"Przeczytacie między innymi o zdrowych przekąskach, kreciej mapie, ekologicznym prezencie dla mamy, owadzich poidełkach, szmacianej torbie, glinianych miskach... Zastanawiacie się, czy aby na pewno to wszystko dotyczy przyrody? Zapewniam Was, że tak! (...) Może niektórych z Was książka zainspiruje do spaceru, a innych do doświadczeń przyrodniczych. Może inaczej spojrzycie na lecące po niebie ptaki, wodę kapiącą z kranu czy osobę idącą w maseczce antysmogowej na twarzy."

bohaterów opowiadań zebranych w książce poznaliśmy już w matematycznej odsłonie serii (więcej o "Elementarzu matematycznym" - TU)
autorka - Beata Ostrowicka - trzyma się przyjętej konwencji i stara mimochodem, niejako przy okazji snucia opowieści o codzienności "zwykłych dzieci", zwrócić uwagę na różnorodne aspekty działania otaczającej je (i nas) natury
jak dla mnie odrobinę zbyt powierzchownie, nadużywając uproszczeń i chyba nie do końca "pedagogicznie" przedstawiając dziecięce dialogi i zachowania społeczne (szczególnie wśród rówieśników i w szkole), prawdopodobnie jednak dość przystępnie dla szerszej publiczności, prezentuje szeroki wachlarz tematów związanych ze światem roślin i zwierząt oraz podstawowych zjawisk fizykochemicznych, które nań oddziałują

całość ma szanse przyciągnąć młodego czytelnika formą - opowiastki nie są długie, napisane wyraźną czcionką i ubarwione ciekawymi ilustracjami
w mojej ocenie w wielu przypadkach to właśnie te "obrazki" (aut. Katarzyny Kołodziej) są w "Elementarzu" najcenniejsze - doskonale uzupełniają tekst o przydatne informacje i podpowiedzi, przybliżają zachodzące w przyrodzie procesy, zwracają uwagę na jej konkretne elementy, zachęcają do samodzielnego eksperymentowania, wyszukiwania informacji w innych źródłach, tworzenia

na pewno skorzystamy z wielu inspiracji







cieszę się, że mojego czytelnika-przyrodnika ani do lektury, ani aktywności "na łonie natury", dodatkowo zachęcać nie trzeba :)


Czytaj dalej

Planszowa gra rodzinna - DOMEK

dobra gra rodzinna to taka, na którą łatwo dadzą się namówić przedstawiciele przynajmniej trzech pokoleń, obu płci
nie sprawiająca problemów przy wyjaśnianiu zasad, budząca pozytywne emocje i nie przesadnie zorientowana na konkurencję
taka, do której z przyjemnością zasiadają i dzieci i rodzice

na naszym stole króluje ostatnio własnie jedna z nich:

Domek


zasada "nie oceniaj po okładce" bywa do planszówek równie adekwatna jak w przypadku książek, tym razem jednak nie da się nie zacząć od strony wizualnej
co tu dużo pisać - wystarczy spojrzeć na pudełko -
miłe dla oka z zewnątrz

i doskonale zaplanowane wewnątrz


do tego przejrzysta instrukcja - z wyraźną czcionką, czytelnymi opisami i jasnymi przykładami


nie lubiącym czytać sugerująca dodatkowo jeszcze łatwiejszą (podobno) do ogarnięcia wersją filmową online


jeśli kogoś to wszystko jeszcze nie przekonuje do rozłożenia jej w niedzielne popołudnie, niech tylko spojrzy na karty:


tak, grafika to bardzo (bardzo!) mocny punkt tej gry
zapewne sama nieco "cukierkowa" kolorystyka i stylizacja na bajki animowane nie spodoba się każdemu, ale zapewniam, że wielu i nie tylko dzieci będą nią zachwycone ;)
co więcej - niesamowita dbałość o szczegóły, sposób rozplanowania przestrzeni i koncept łączenia elementów w trakcie gry sprawia, że urządzanie "własnego kąta" za pomocą tych kart jest wielką przyjemnością

tu dochodzimy bowiem do sedna, czyli celu gry

otóż każdy gracz (od 2 do 4) otrzymuje na start swoją planszę - niezagospodarowany "domek", który w trakcie rozgrywki urządza, dokładając wybrane karty pomieszczeń
ponieważ do dyspozycji jest także talia zawierająca karty dodatków, narzędzi i pomocników oraz "dachówki" w czterech kolorach, jest także okazja do wprowadzenia udoskonaleń dających "bonusowe" punkty

nie będę cytować instrukcji - jak wspomniałam, jest ona dostępna w sieci i naprawdę nie pozostawia miejsca na wątpliwości:
kolejno dobieramy karty, układamy według swojego pomysłu na planie domu, postępujemy zgodnie z opisem kart dodatkowych 
cóż prostszego?
mechanika jest przy tym na tyle przemyślana, a możliwości - dzięki aż ponad 100 kartom pomieszczeń - tak szerokie, że w swej prostocie gra nie jest jednocześnie ani banalna, ani nudna
zgodnie z regułami zdecydowanie mogą grać już dzieci w wieku wczesnoszkolnym,
już młodszym zaś bardzo podoba się sama możliwość projektowania własnego domu - a to też ciekawe ćwiczenie i dobry sygnał na przyszłość :)

punktacja końcowa nie wygląda skomplikowanie, implikuje kilka ciekawych możliwości, a jednocześnie nie sprawia wrażenia głównego celu, do którego dążymy - każdy może być przecież na koniec dumny ze swojego domu

takiego:


takiego:


czy takiego...


albo jeszcze innego,
bo wszyscy zagramy chętnie ponownie nie raz!


Czytaj dalej

pizza matematyczna i wilczy apetyt szczurków, czyli smakowite ułamki

podzielone jabłka i znikające kawałki tortów - mogę się założyć, że każdy na pewnym etapie edukacji spotkał się z taką wizualizacją ułamków
cóż wszak częściej dzielimy na drobniejsze części niż chleb (na kromki i kęsy) lub napoje (na szklanki i łyki)? czym skrupulatniej dzielimy się z przyjaciółmi na szlaku, jeśli nie (jakże cenną i pożądaną wówczas) tabliczką czekolady (po kosteczce)? co odmierzamy pilniej niż składniki ulubionych potraw (pół kostki, ćwierć szklanki...)

nie dziwi fakt, że autorzy dwóch książeczek zachęcających najmłodszych do nauki matematyki "na wesoło", które aktualnie poznaje Janek, również czerpią ze skojarzeń okołospożywczych
czynią to przy tym w sposób tak barwny, zabawny i przekonujący, że (w przeciwieństwie do sprawnego zjadania kolacji), nie trzeba mu zaproszenia do lektury wielokrotnie powtarzać

o jakich literackich smakołykach mowa?
po pierwsze:

Szczurki mają wilczy apetyt       


tytułowe szczurki (oraz jedną mysz) znamy już dobrze z poprzednich "odcinków" serii "Czytam i główkuję" (wcześniej - "Liczę sobie")
jak bardzo podoba mi się sama koncepcja prezentowania matematyki w tej formie, nie ma chyba potrzeby powtarzać?
[bardzo bardzo :)]
w kolejnym tomiku opowieści o perypetiach małych mieszkańców kanału, duet Witek i de Latour zdecydowanie trzymają formę, a fabuła - czytelnika w napięciu
Janek momentalnie dał się wciągnąć w akcję gromadzenia i przeliczania szczurzych zapasów na zimę, niepostrzeżenie powtarzając sobie tym samym oznaczenia miar (kilogram/litr) i nazewnictwo odpowiednich części całości (pół, ćwierć, jedna ósma)
razem z wesołą gromadą świętował (spoiler!) zwycięstwo nad kotem Kaprawe Oczko, trzymał kciuki za powodzenie nocnych "zakupów" i kibicował Trampkowi-kucharzowi przy gotowaniu gulaszu,
a przy okazji poznał zapis ułamka zwykłego

ciekawe opowiadanie, wciągające zadania, naklejki - czego chcieć więcej?
mój mały matematyk jednoznacznie rekomenduje kolejną część przygód szczurzej paczki: "jest fajna!"



i po drugie:

Matematyczna pizza


w tym przypadku do związku matematyki i żywności stricte nawiązuje jedynie tytuł i zadanie graficznie obrazujące dzielenie, ułamki pojawiają się zaś dodatkowo w nowej roli - jako zapis proporcji (to zagadnienie zostawimy sobie z J. na później...) 


w książce znajdziemy jednak wiele równie "apetycznych" zagadnień
autorka - Anna Ludwicka - daje się poznać nie tylko jako matematyczka, pragnąca podzielić się swoją pasją, ale również graficzka - artystka, nadająca faktom i twierdzeniom ciekawą, barwną formę
czego tu nie ma? figury niemożliwe, fraktale, wstęga Mobiusa, rozszerzone kodowanie ASCII i algortym ROT13, liczby szczęśliwe i wesołe, symetria kolamów, twierdzenie o czterech kolorach, obrazy malowane kostką... i wiele, wiele więcej zagadnień z geometrii i arytmetyki
a wszystkie przedstawione tak, że aż chce się samemu sprawdzić, czy to na pewno prawda i jak to możliwe
policzyć, narysować, doczytać, spróbować przejść przez przeciętą kartkę...
wciągająca i inspirująca, pełna ciekawostek i zadań, które aż sięproszą o wykonanie, pokazuje Królową Nauk z jej najciekawszej, "magicznej" strony
oboje z Jankiem (lat 6) zdecydowanie polecamy



za książeczki dziękujemy wydawnictwom Egmont i Nasza Księgarnia

do poszukiwania lektur równie oryginalnie i zachęcająco prezentujących matematyczne zagadnienia jak wyżej wspomniane, zachęcamy w ramach cyklu


Czytaj dalej

Domek na drzewie - gra od NK

domek na drzewie - trzy krótkie słowa, a jaką wywołują lawinę skojarzeń!
obraz beztroskiej dziecięcej zabawy,
poczucie siły czerpanej wprost z korzeni, wolności - z dotyku nieba i mocy - z wizji rozciągającej się, jak krajobraz, we wszystkie strony, aż po horyzont przyszłości, w której można wszystko
wspomnienie starej śliwy w babcinym ogrodzie, na której tak dobrze siedziało się z książką...
marzenie niejednego dziecka - i nie tylko


ale ja tu dziś nie o sentymentalnych mrzonkach!

"Domek na drzewie" 

to także świetny pomysł na tytuł planszówki :)

wraz z wydawnictwem Nasza Księgarnia (którego "Dzieci z Bullerbyn", czy "Fizia Pończoszanka..." nota bene nie raz mi na różnych drzewach lata temu towarzyszyły) przedstawiamy grę, przy której nie sposób się nie uśmiechnąć

już samo niewielkie pudełko kusi wyobrażeniem fantastycznego, wielopoziomowego lokum na starym dębie
trudno się oprzeć wizji takiego zielonego mieszkania z bocianim gniazdem, wielką lunetą, własną zjeżdżalnią wodną i miękkimi hamakami...
dlatego nawet nie próbowaliśmy ;)


w pudełeczku - głównie karty,
a na nich: sympatyczne postaci, wyraziste kolory i oryginalne pomysły na ponad 70 "pokoi" do umieszczenia we własnym, wyjątkowym domku na drzewie,
budki dla ptaków, dodatkowe zadania i polecenia modyfikujące przebieg rozgrywki
dodatkowo mała plansza punktacji, drewniane pionki-żołędzie i zgrabna, czytelna instrukcja z kilkoma wariantami alternatywnych reguł

gra nadaje się według wydawcy dla dorosłych i dzieci w wieku 8+
Jan (a także jego koledzy) - na dwa lata przed osiągnięciem owej granicy - wszakże zabawy nie unika
mają te nasze smyki może jeszcze trochę trudności z podejmowaniem najkorzystniejszych strategicznie decyzji ("bo ja bym wolał lodziarnię, niż zbierać niebieskie, mooogę?"), ale budują dzielnie!

no właśnie - bo o co chodzi w grze?
otóż każdy konstruuje przed sobą wymarzony domek na drzewie, w miarę możliwości dbając o kompletowanie wysoko punktowanych zestawów kolorystycznych "pokoi" i zachowanie równowagi konstrukcji
karty, z których składamy nasze domki przechodzą od gracza do gracza na zasadzie draftu, a partia podzielona jest na kilka rund, pod koniec której każdy otrzymuje punkty za dotychczas zbudowane piętra domku
dodatkowe karty modyfikujące ostateczną punktację wprowadzają dodający emocji element tajnej strategii i bezpośredniej interakcji

"Domek na drzewie" to planszówka (karcianka?) przyjemna, budująca (sic!) pozytywne skojarzenia i jak najbardziej "rodzinna"
mechanika sugeruje odrobinę planowania, przewidywania, czujnej obserwacji, co budują konkurenci,
tak naprawdę nie wyklucza jednak gry li tylko dla czystej przyjemności tworzenia wymarzonego lokum miedzy gałęziami :)


nie nazwę tej gry doskonałą, czy porywającą, bo takiego wrażenia na mnie nie zrobiła,
ale z pewnością jest pomysłowa, ładnie wykonana i bardzo miło się do niej wraca

zdecydowanie warto dać się raz na jakiś czas ponieść wyobraźni i choć na chwilę stać się właścicielem mieszkania z własną kręgielnią, salą koncertową, ptaszarnią i lodowiskiem!
albo barem sushi, trampoliną i małpim gajem...
albo..

Czytaj dalej

symetria chaosu

zaniedbaliśmy się ostatnio matematycznie... 
na szczęście tylko on-line, a w tym tygodniu zamierzam i te opóźnienia i niedostatki nadrobić :)

dziś - przedskoczek - krótkie nawiązanie do marcowego tematu projektu Matematyka jest piękna (2), w ramach którego proponowano zabawę z geometrią pod hasłem "Symetria chaosu"
(zestawienie wpisów, które ukazały się na czas - TUTAJ)

postanowiłam się skupić na samym przedstawieniu Jankowi idei symetrii
na początku nie zapowiadało się łatwo,
[jedno jest pewne: rodzic, który chce po raz pierwszy wyjaśnić dziecku pojęcie symetrii nie ma szans bazować na znanych sobie wcześniej definicjach typu "przekształcenie nie będące identycznością, które odwzorowuje dany obiekt na niego samego"...]
ale jak to zwykle bywa, dziecięca intuicja i syntetyczna metoda poznawcza młodego umysłu zaskoczyły łatwością opanowywania nowych pojęć i trafnością obserwacji

analizując bryły i figury z najbliższego otoczenia omówiłam z J. przypadki symetrii osiowej, środkowej i płaszczyznowej
wprowadzenie w temat ułatwiła zabawa - powstały liczne nakrętkowe kwadraty i "kwiatowe mandale"

"srebrny kwadrat" ma cztery osie symetrii, ten z zielonymi "kątami" już tylko dwie!

które "kwiatki" mają środek symetrii, a które osie? ile?

J. szybko nawiązał do przykładów "z życia"
pogadaliśmy o kwiatach, uwzględniając te o symetrii promienistej - z kilkoma osiami symetrii - jak stokrotki, mniszki, kwiaty wiśni, czy płaskie twory z kilku kółek najczęściej rysowane przez przedszkolaki... i grzbiecistej - posiadające jedną płaszczyznę symetrii - na przykładzie kwitnącej akurat u nas bazylii i bratków;
padł sztandarowy przykład "lustrzanego odbicia" skrzydeł motyla i - dyskusyjny - pokroju drzew; 
dałam się też wciągnąć w dyskusję na temat symetrii regionalnych autobusów szynowych [mają płaszczyzny symetrii, czy nie? prawie! teoretycznie mogłyby mieć nawet dwie dwie (lewo/prawo i przód/tył), ale po pierwsze pasażerowie i maszynista będą zaburzać, a po drugie - toaleta jest tylko po jednej stronie!!! "Arrivy" ostatecznie uznajemy za niesymetryczne ;)]

"Arriva" schemat poglądowy

chwilowo odkładając temat symetrii promienistej i asymetrii bezkręgowców na potem, pogadaliśmy o bilateralnej symetrii organizmów żywych,
ze szczególnym uwzględnieniem symetrii (/asymetrii) ciała ludzkiego
za Wiki:
Narządy nieparzyste mogą być położone symetrycznie (narządy ośrodkowego układu nerwowego, narządy płciowe, pęcherz moczowy) lub asymetrycznie (wątroba, trzustka po prawej stronie; śledziona, żołądek po lewej).
Narządy wewnętrzne parzyste mogą różnić się kształtem, wielkością i lokalizacją.
- lewa połowa mózgu zazwyczaj jest większa niż prawa
- lewe płuco ma mniejszą pojemność, zbudowane jest z mniejszej ilości płatów
- lewa nerka znajduje się wyżej niż prawa
- u mężczyzn prawe jądro zazwyczaj znajduje się poniżej lewego w worku mosznowym.
(oraz twarzy, na wymownych przykładach)


przed nami dalsze zabawy proponowane przez Gruszczyk-Kolczyńską - z lusterkiem (zastosowanie przykładania do różnych przedmiotów, rysunków, figur i analizy ich symetrii osiowej) oraz plamami odbijanymi po dwóch stronach złożonej kartki (przypomniały się wodne odbicia sprzed lat...)

zdjęć w/w chwilowo brak, więc jako ubarwienie wpisu na koniec wiosenne "malunki pospacerowe", motylo-leśno-łąkowe
może z tematem związane luźno, ale piękne niczym matematyka


czyż nie? ;)
Czytaj dalej