Trefle - niestandardowa gra karciana

tak prezentują się karty z naszej najnowszej talii:


znane symbole, czytelne oznaczenia, niemal standardowa numeracja - słowem "klasyczna elegancja"
wnikliwy obserwator zauważy z pewnością w ich wyglądzie drobne odstępstwa od zwykłego zestawu kartoników typu 2-As, w postaci braku figur oraz rozszerzenia skali liczbowej od 1 do 15
dodatkowo, trefle wyróżniono kolorem tła i nadano im określone wartości punktowe (patrz mała "koniczynka" w rogu)
mimo wspomnianych różnic, całość bezsprzecznie kojarzy się ze znanymi chyba wszystkim taliami do tradycyjnych gier karcianych
miłośników "Tysiąca", "Remika" czy "3-5-8" nie trzeba zatem długo namawiać na partyjkę
czy "Trefle", czyli nowa gra z serii Trefl Joker Line, przekona jednak do siebie również pozostałych potencjalnych graczy?

wydawca zapowiada, że "gra Trefle to znana na całym świecie gra towarzyska, przy której wszyscy będą się świetnie bawić"...
sprawdzamy!


w pudełku - dużym, jak na talię kart, ale nadal dość zgrabnym - prócz wspomnianych kartoników do gry znajduje się 6 dodatkowych "kart bonusów", spory notatnik do zapisywania wyników, ołówek i, rzecz jasna, instrukcja
według tej ostatniej każdemu z graczy (od 2 do 6) należy rozdać po 10 kart, a drogą do zwycięstwa jest jak najszybsze pozbycie się ich z ręki

każde rozdanie to jedna runda, w czasie której zagrywamy i zbieramy lewe tak, by zbierać maksymalną liczbę punktów za trefle (warto zauważyć, że najwyżej punktowane są te o najmniejszej wartości - np. 1 daje 5 punktów, 4 - 3, 9 - 2, 15 tylko 1) i/lub zdobyć jak najwyższy bonus za możliwie najszybsze ukończenie rozgrywki
pierwszy zagrywający zmienia się co rundę (standardowo jest to osoba siedząca na lewo od rozdającego, która to rola przechodzi na kolejnych graczy zgodnie z ruchem wskazówek zegara), kolejne "wyjście" należy do gracza, który zebrał ostatnią wziątkę*

jak można "zawołać" w swojej turze? - sięgamy do reguł:
"Istnieją dwa rodzaje zagrań:
Te same numery: możesz wyłożyć jedną lub więcej kart o tej samej wartości (np. para, trójka, czwórka).
Sekwens: możesz wyłożyć dwie lub więcej kart z kolejnymi wartościami (kolor nie ma znaczenia)."
a jak "przebijamy"?
"Każda kolejna karta lub sekwens muszą być wyższe od kart wyłożonych w poprzednim zagraniu."
niezależnie od stanu posiadania, zawsze można też spasować
"Turę wygrywa ten z graczy, który jako pierwszy wyłoży kartę (karty) z numerem 15 lub po którego zagraniu wszyscy inni spasują (...) i zbiera karty ze stołu"
"Za każdym razem, gdy którykolwiek z graczy pozbędzie się wszystkich kart z ręki, natychmiast zabiera najwyższą dostępną na stole kartę bonusową. Pozostali kontynuują rozgrywkę do momentu, gdy ostatni z graczy ma na ręce choć jedną kartę"
podliczamy punkty - za zebrane trefle i bonusy
ostatni otrzymuje 0 pkt.

gra kończy się, gdy (najczęściej po kilku rundach) jeden z graczy uzyska sumę 50 pkt.


gdyby cokolwiek w temacie przykładowych zagrań pozostało niejasne, instrukcja obfituje w szczegółowo rozrysowane przykłady
jeśli ktoś wymaga od gry większych emocji, dodatkowa reguła umożliwia podniesienie stawki za pomocą deklaracji "Podwójnie, albo wcale!" po podejrzeniu swoich kart w danym rozdaniu, co oznacza "zakład", że pozbędziemy się ich najszybciej ze wszystkich - można tak podwoić swój wynik w danej rundzie lub nie ugrać nic, w razie pomyłki
do dyspozycji mamy wariant dla dwóch graczy, dwóch lub trzech zespołów (drużyn) oraz wersję z "15" jako jokerem
a jeśli i to nie dość, można (warto!) wypróbować jeszcze inną "szaloną" modyfikację zasad, według której "najwyższa zagrana karta musi być wyższa od najwyższej karty z poprzedniego zagrania [czyli standard] lub liczba zagrywanych kart musi być większa niż w poprzednim zagraniu"


sugerowany wiek graczy to minimum 8 lat - potwierdzam, w zupełności wystarczy
górnej granicy nie ma, także bardzo słusznie - "Trefle" bardzo spodobały się seniorom, z którymi grywam na comiesięcznych spotkaniach i szybko przekonały do siebie dziadka, który bez trudu ograł zarówno wnuczęta, jak i swoją pierworodną ;)
przyjemność z rozgrywki mogą czerpać też wszyscy pomiędzy tymi "wiekowymi widełkami", jeśli tylko nie zamykają się w świecie bardziej zaawansowanych "gier bez prądu" (lub, co gorsza, bez gier w ogóle ;) ) i dają co jakiś czas szansę klasycznym "karciankom", gra jest bowiem na tyle nieskomplikowana, że łatwo pojąć jej zasady, a jednocześnie daje pewną możliwość opracowywania własnej taktyki
nie unikniemy losowości (jak zawsze, kiedy rozdaje się karty), ale wytrawny gracz nie podda je się nawet startując od beznadziejnego wydawałoby się układu!
tu zawsze trzeba być jednak gotowym na niespodzianki, szczególnie, gdy pewna część kart do końca pozostaje niejawna, odrzucona - czyli w każdym przypadku poza grą w 6 osób...

mimo początkowych wątpliwości co do strategii autora (czy to przypadkiem nie "naciąganie" na produkt, który zasadniczo nie różni się od zwykłej talii kart i może być przez nią [oraz dziesiątki dostępnych dla niej gier] zastąpiony?), stopniowo złagodziłam swoje sceptyczne podejście do "Trefli"
gra łączy to co najlepsze w klasycznych grach karcianych z zachęcającą oprawą - nowoczesnym wzornictwem i 'niezbędnymi' współczesnym odbiorcom dodatkami
nawiązanie do karcianej klasyki przyciąga wszystkich posiadających sentymentalne wspomnienia godzin spędzonych przy stoliku (czy to przy brydżu, kanaście, czy popularnym niegdyś wśród młodzieży makao...), niski próg wejścia z kolei może zachęcać do przełamania oporów przed tego rodzaju rozrywkami tych, którzy dotąd w karty nie grali
jeśli tylko nie liczymy na bardzo skomplikowaną, wymagającą dalekosiężnego planowania i zawiłych obliczeń batalię, jest duża szansa, że wciągnie jednych i drugich, dostarczając odrobiny emocji i relaksu - jak zachwala wydawca - "na poziomie" :)


jako przedstawicielka pierwszej z ww. grup (sentyment!), polecam i jako samodzielny, całkiem niezły tytuł, i jako "gateway" do starych, dobrych karcianek
a dzieciom w wieku szkolnym (i "Trefle", i karty w ogóle) także jako niegroźne, wakacyjne oblicze matematyki
dlatego zachęcam:

projektgrajmy.blogspot.com


* mimo wielokrotnego przeglądania instrukcji [dobrze, że to zaledwie kilka bogato ilustrowanych stron ;)] i szeroko zakrojonych poszukiwań w internecie, nigdzie nie znalazłam informacji, do kogo należy kolejne zagranie, gdy lewę zgarnia gracz, który przebijając najwyżej właśnie pozbył się wszystkich kart i zakończył rundę...
dla płynności rozgrywki i z poczucia sprawiedliwości uznaliśmy, że kolej przechodzi wówczas na tego z pozostałych, kto ostatni dokładał swoje karty (lub kartę) do puli - w danym lub, zdarza się, poprzednim zagraniu - jeśli ktoś wyczytał między wierszami albo zna bardziej odpowiednie w takiej sytuacji rozwiązanie, bardzo proszę o komentarz!



za egzemplarz gry dziękujemy wydawcy 
Czytaj dalej

Przygody słowiańskich bogów. Mitologia.

"cudze chwalicie, swego nie znacie!" - kolejny raz sprawdza się stare porzekadło...

niemal każdy kojarzy bohaterów mitologii greckiej (i/lub "spokrewnionej" rzymskiej)
spora w tym zapewne zasługa dawnego kanonu lektur obowiązkowych dla klasy 5, ale mnogość dostępnych adaptacji dla młodzieży młodszej sprawia, że dzieci poznają dawnych "śródziemnomorskich" bogów i herosów dużo wcześniej (Jan i Jeremi - przedszkolaki, dwa lata wstecz, przykładem >>KLIK<<)
starożytny Egipt to temat równie popularny (co prawda u nas dopiero pośrednio "liźnięty" >>KLIK<<, ale z pewnością będzie wracał) - tu także już w szkole podstawowej, chcąc nie chcąc prócz fascynującej historii faraonów poznajemy Re, Ptaha, Anubisa, Ozyrysa i Izydę, Seta...
ostatnimi czasy triumfy święci mitologia nordycka, która m. in. dzięki Neilowi Gaimanowi i "Amerykańskim bogom" w wersji serialowej ponownie zyskała szansę by "trafić pod strzechy"...
a co z naszymi rodzimymi wierzeniami?
może nadszedł czas przypomnieć sobie także słowiańskie bóstwa i zwyczaje?
czas Peruna i czas Welesa! :)

oto co proponuje EgmontArt:


pora poznać gromowładnego pana urodzaju, boga bydła i podziemi, władców różnych rodzajów ognia, bogów księżyca, "skrzypienia, świstu i huczącego wiatru", wojny...

parafrazując wydawniczą zapowiedź: mamy okazję dowiedzieć się jak prastare bóstwa rządziły ziemią i ustalały porządek rzeczy, odkryć znaczenie zjawisk przyrody i spojrzeć inaczej na historię stworzenia świata
poznamy nową wersję opowieści o powstaniu człowieka i piękną ideę  axis mundi, wedle której "Pradawny wszechświat przypominał drzewo. A może był po prostu drzewem..."

to także świetny pretekst, by wyjaśnić dziecku, kto to właściwie ten Światowid, spoglądający na nas ze znanego wszystkim grudziądzanom pomnika ;)

 

ilustracje - jakie są, każdy widzi
łatwo rozpoznać charakterystyczną kreskę autorki - Krystyny Poklewskiej-Koziełło, znanej nam z innych książeczek dla dzieci (np. tej o Gomoryku, czy Karolu Wojtyle
J. określił je jako "obrazy z życia, ale bajkowe i niezwykłe"
dobrze komponują się z mitami, które dziś traktujemy jako nierealne, niegdyś były jednak silnie powiązane z troskami i radościami dnia codziennego i zakorzenione w ludzkiej świadomości



to wszystko było, minęło
wycięto święte gaje, noc Kupały (sobótki) przemianowano na "wigilię św. Jana", zwyczaje Szczodrych Godów ku chwale Swaroga zaadaptowano na chrześcijańskie Boże Narodzenie, nawet lipę - symbol kobiecości i płodności "oddano" Matce Bożej...
ale góry stoją, a pamięć całkiem nie ginie*

Ślęża a.d. 2018, od setek lat - magiczna...

* chociaż u podnóży Ślęży i Raduni tablice przywołują jedynie legendy diabelsko-anielskie, a na szczycie Ślęży stoi obecnie wielki kościół, znaleźć tam można także ślady kultury celtyckiej i słowiańskiej - m.in. kamiennego niedźwiedzia i kręgi głazów granitu i gabra; tuż pod szczytem oznaczono dawne miejsca kultu**

choć dziś patrzymy już zupełnie inaczej na "moce natury", warto pamiętać o wiekowych korzeniach naszych tradycji i brać przykład z przodków świadomych nierozerwalnego związku człowieka z naturą, który nie powinien mieć nic wspólnego z "czynieniem jej sobie poddaną", podobnie jak prawdziwa wiara z tak powszechną dziś indoktrynacją i propagandą...
można też po prostu czytać "nasze" mity z dziećmi dla uzupełnienia obrazu dawnych "pomysłów na boga" i tłumaczeń praw fizyki,
albo jako oryginalne baśnie - jak w każdych znajdziemy w nich sporo piękna, magii i fantazji oraz odrobinę gromadzonej i przekazywanej przez pokolenia mądrości

z pewnością warto


** więcej o dawnych lokalnych wierzeniach - m. in. >>TU<<


Czytaj dalej

SZtama z ekobobrami!

przed nami szybka gra karciana (1 partia trwa około 20 min.) dla 2-4 graczy w wieku 8+

małe, zgrabne pudełko, kilkanaście ciemnych, drewnianych kosteczek-znaczników i talia błękitnych kart z ilustracjami rzeki, gałązek, żeremi i dryfujących na tratwach wesołych bobrów
- w sumie niewiele (stąd też i niewielkich rozmiarów, dość krótka instrukcja),
ale za to ile radości już na etapie poznawania głównych bohaterów!


nawet najmłodsi (lat 7) szybko pojęli podstawową zasadę dobierania "drzewek" i budowy tam
nie da się jednak ukryć, że większość uwagi przerzucili na grafiki przedstawiające spływające rzeką śmieci i dzielne ekobobry ratujące przed nimi swoje budowle
szybko odkryli, że każdy z 12 znajdujących się w talii jest inny - patrz jedno z poniższych zdjęć - i co innego wyłowił swoja siatką :)
postarajmy się jednak wrócić do głównego nurtu...  


cel gry to przy pomocy dobieranych kart różnej wartości stworzyć nakorzystniejszy zbiór tam

wymagania "na start" nie są wysokie: wystarczy niewielka płaska przestrzeń, odrobina skupienia oraz znajomość podstaw matematyki (dodawanie w zakresie 20 - stąd zapewne dolna granica wieku graczy)
nie trzeba bardzo intensywnie główkować, ale odrobina zmysłu taktycznego i współzawodnictwa z pewnością doda rozgrywce kolorytu

na stole układamy "rzekę" złożoną z 5 odkrytych kart 3 rodzajów (gałęzi, śmieci oraz bobrów-ekologów) oraz "tamy", czyli karty o które walczymy, warte określoną liczbę punktów zwycięstwa


w swojej turze dobieramy jedną z odkrywanych "z biegiem rzeki" kart - tak, by na ręce komponować wymagane zestawy różnorodnych gałązek lub wykładamy gotowy zestaw = budujemy tamę
bezkosztowo pociągnąć możemy jedynie kartę wyłożoną najbardziej na lewo, dochodzi zatem dodatkowa zasada i wyzwanie polegające na umiejętnym stosowaniu kosteczek-kłód, które pozwalają sięgać dalej i pobierać bardziej pożądane karty - na start każdy ma ich po 4, później zdobywane wraz z dobieranymi karonikami, wędrują z rąk do rąk
w miarę możliwości warto unikać śmieci (punkty ujemne!) lub zawsze posiadać w odwodzie eko-bobra, który nie pozwoli zanieczyścić naszej budowli

jeśli chodzi o budowę, każda tama może zawierać tylko jedną karę reprezentującą dany gatunek drzewa (mamy tu jarzębiny, buki, kasztanowce etc. - dodatkowy walor edukacyjny dla najmłodszych!) plus, ewentualnie, jednego wartego wówczas 2 pkt bobra
każdy sam wybiera kiedy zakończyć budowę i w momencie podjęcia decyzji (w swojej turze) zabiera odpowiednią kartę puntacji - ściśle związanej z sumą "listków" na kartach użytych do budowy i wcześniejszym przebiegiem rozgrywki
warto pamiętać, że w tym przypadku nie tylko tamy największe, ale także te spośród równych, które powstały sprawniej, są więcej warte

bawimy się radośnie przeskakując ponad nadpływającymi śmieciami, cieszymy widokiem zabawnych, wyłupiastookich ekologów, łowimy gałązki i budujemy dowolną liczbę tam, dopóki nie wyczerpiemy jednej z dostępnych na stole puli
wygrywa oczywiście najlepszy budowniczy, ale czasami, szczególnie w gronie młodzieży młodszej spędzającej w ten sposób czas z dziadkami, ma to zdecydowanie marginalne znaczenie ;)


podsumowując:
w zgrabnym pudełeczku udało się umieścić cały zestaw szczególnie pożądanych w przypadku niezobowiązującej popołudniowej i/lub rodzinnej rozrywki zalet,
tj.:
nieskomplikowane zasady,
bardzo sympatyczne nawiązanie ekologiczne,
odrobinę taktyki i prostej matematyki
+ dużo uśmiechu (bo nie sposób się do wielkookich budowniczych nie uśmiechać!)

według mnie "SZtama" to bardzo dobra gra na to lato!


z podziękowaniem dla wydawcy wersji polskiej, czyli wyd. Granna, niniejszą opinię dołączam do bogatej gamy propozycji zgłoszonych do projektu Grajmy!

Czytaj dalej

jak ułożyć kostkę Rubika?

podobno "dla chcącego nic trudnego", zgodnie z którą to maksymą przy odpowiednim nastawieniu, samozaparciu i cierpliwości większości rzeczy można się nauczyć
więcej! mówią, że w wielu przypadkach "nie taki diabeł straszny...", co znaczy, że niektóre czynności/umiejętności/wyzwania tylko z pozoru wydają się trudne/nieosiągalne/niewykonalne
są tacy, którzy twierdzą, że dotyczy to także układania kostki Rubika :)

podziwiając talent i zręczność znajomego speedcubera i po cichu zazdroszcząc determinacji szwagrowi, metodycznie zgłebiającemu tajniki kolorowej łamigłówki, za swoją szansę uznałam ukazanie się książki - instrukcji pod wszystko mówiącym tytułem 

"Jak ułożyć kostkę Rubika" 


nie pomyli się kto stwierdzi, że tego rodzaju instruktaże bez trudu znajdziemy w sieci 
nie zaprzeczam, że też tak próbowałam (ot, choćby tu >>KLIK<<) i nie mam im nic do zarzucenia
właściwie animowane kosteczki działały nawet lepiej niż jedyna, którą mieliśmy wówczas w domu ;)
książka to jednak książka, a instrukcje w wersji papierowej - chociaż to podejście zapewne trochę staroświeckie - czyta mi się lepiej, niż on-line
i już
a jeśli jest w dodatku - jak ten 'oficjalny poradnik' który mam przed sobą - elegancko wydana, aż się chce ją zgłębiać!
twarda oprawa, poręczny format (nieco większy niż A5), kredowy papier, wyraźna czcionka, czytelny układ i estetyczny kolorowy druk zatem pomagają przełamać pierwszy opór 
[i tak się pewnie nigdy nie nauczę, ale przejrzeć można...]
a co z zawartością?

zaczynamy powoli - od 'rysu historycznego', czyli poznania przeszłości kostki (kto by pomyślał, że nie ma jeszcze pięćdziesiątki, a już zdobyła taką popularność!)   
następnie przyglądamy się bliżej całej rodzinie podobnych łamigłówek - w tym poznajemy zamysł twórcy odnośnie ulubionego przez Janka 'węża Rubika' i przypominamy sobie dobrze pamiętaną z lat szkolnych (czyt. 90') 'magię Rubika' z płaskich kwadratowych płytek...


bezboleśnie przechodzimy do etapu bliższego zapoznania z budową naszej, tradycyjnej wersji 3x3x3
lokalizujemy kubiki centralne i krawędziowe oraz narożniki - warto zwrócić uwagę, że nie ma wśród nich dwóch takich samych


przy okazji można dla rozgrzewki policzyć ile których jest i - zadanie z gwiazdką ;) - wyliczyć liczbę możliwych kombinacji, tudzież prawdopodobieństwo przypadkowego prawidłowego ułożenia choćby jednej ścianki...
wyjdzie nam z pewnością, że "nie ma opcji", warto zatem przejść do praktyki i nauczyć się celowo obracać poszczególne ścianki, zapamiętując symbole poszczególnych obrotów, których w dalszej części użyto w algorytmach prowadzących do rozwiązania


dalej jest już z górki:
"Najpierw zajmiesz się białymi krawędziami, następnie białymi narożnikami, a potem brzegami w warstwie śrdkowej. Teraz pora na żółte krawędzie i wreszcie na żółte narożniki"


i najlepsze, że to rzeczywiście działa :D
później - jak codziennie pokazuje J. na przykładzie swoich pozainstrukcyjnych modeli Lego - można tylko zrobić to lepiej
ciekawiej (ksiązka podpowiada wesołe różnokolorowe wzory), szybciej, własnym sposobem


nawet jeśli daleko (bardzo, bardzo daleko) nam do wyników rekordzistów świata, które również znajdziemy w książce (dla standardowej 3x3x3 to poniżej 5 sekund, ok. 7 jedną ręką i mniej niż 20 z zawiązanymi oczyma?!), satysfakcja z samodzielnego (jasne, z podpowiedzią, ale to nadal wcale nie bułka z masłem, a i czytanie ze zrozumieniem warto doceniać!) ułożenia kostki Rubika - bezcenna!

a przy tym najważniejsze pozostaje przesłanie twórcy tej wyjątkowej zabawki:
"Jeśli jesteś ciekaw świata, dostrzeżesz otaczające cię zagadki.
Jeżeli jesteś zdeterminowany - rozwiążesz je."
Ernő Rubik

ciągle mam nadzieję, że owej determinacji i wiary w sens poszukiwań również można się nauczyć...


za egzemplarz recenzencki i szansę zdobycia nowego doświadczenia dziękujemy wydawnictwu Egmont
Czytaj dalej

rzutem do mety - emocjonujący kolorowy wyścig

stara, dobra zasada przejęta ze zbioru zasad świadomego czytelnika głosi: "nie oceniaj gry po opakowaniu!"
nie da się jednak ukryć, że czasem wystaczy rzut (sic!) oka, żeby nabrać ochoty na zajrzenie do pudełka,
albo przeciwnie - zupełnie ją stracić
widok rozpędzonych, uśmiechniętych antropomorfizowanych kosteczek w sportowych wdziankach na naszej najnowszej planszówce natychmiast wyzwolił reakcję pierwszego rodzaju :)


odrobinę infantylny styl nie licuje co prawda do końca z "okładkowym" opisem, według którego gra przeznaczona jest dla osób w wieku powyżej lat 10, ale zachęca za to również młodszych do spróbowania swoich sił
na podstawie wymuszonych w ten sposób "doświadczeń na siedmiolatkach", jestem gotowa zaryzykować stwierdzenie, że spokojnie można do tej >>rodzinnej gry w kości<< (to również hasło z opakowania) dopuścić także ową "młodzież wczesnoszkolną"
przy okazji być może uda się namówić na partyjkę starszą, ale bardziej nieufnie podchodzącą do tego typu rozrywek część rodziny - jest szansa, że zerkną z ciekawości i pozostaną przy stole slusznie nie obawiając sie tak niegroźnie wyglądającej planszówki 
szczególnie, że to, co wewnątrz (czyli 30 barwnych kosteczek, kilka talii przyjemnych dla oka kart i wypraska stylizowana na tor wyścigowy) okazuje się równie kolorowe i zachęcające


za pierwszym razem warto dokładnie przestudiować instrukcję od początku do końca - znajdziemy w niej przejrzyście rozrysowane sposoby rozłożenia talii, przykłady ruchów, opisy poszczególnych kart
przy kolejnych rozgrywkach posiłkujemy się już jedynie kartami pomocy (po jednej dla każdego z od 2 do 6 graczy) i podsumowaniem, nieco przekornie, a jednocześnie ze wszech miar słusznie nazwanym "Szybkim wprowadzeniem", które znajdziemy na ostatniej stronie zbioru zasad
jasno określono tu cel gry, krótko opisano przygotowanie, przebieg każdej tury i postępowanie na koniec każdego etapu wyścigu
no właśnie, wyścigu! a przecież nie wiadomo jeszcze o jakie zawody tu chodzi! ;)
po kolei zatem
na początek rzut wszystkimi kośćmi - cała 30-kosteczkowa grupa zawodników startuje wspólnie i nikt nie jest pewien (czasem do samego końca) kto którym będzie kibicował...
z czasem każdy z graczy, używając otrzymanych na początku i stopniowo dobieranych kart ruchu powoduje rozdzielenie stawki



talia Kart Ruchu podzielona jest na 4 podobne, ale nie równe części, odpowiadające kolejnym etapom zawodów
na start mamy po 3 takie na ręce, 4 następne - odkryte czekają na stole, można także dociągać "w ciemno" kolejne bezpośrednio ze stosu
w talii znajduje się 7 rodzajów kart obrazujących kolory, liczbę oczek lub konkretne zamiany i przesunięcia dotyczące kości, które będziemy mieć prawo przemieścić zagrywając daną akcję
każdy z graczy na początku otrzymuje także 4 tajne Karty Ukrytego Celu, wskazujące, za jaki rodzaj kosteczek (kolor i wartość) doprowadzonych najdalej na torze, czyli znajdujących się na koniec etapu w Grupie Prowadzącej, zdobędzie punkty  



cel - zebrać jak najwięcej Punktów Zycięstwa w sumie - za 4 kolejne etapy wyścigu
końcowa punktacja każdego z etapów zależy od stopnia realizacji założeń wybieranych w momencie skończenia danej "kupki" talii Kat Ruchu - dla znanego stanu stawki, jednocześnie przez wszystkich graczy spośód posiadanych Kart Celów 
podliczamy zatem na przykład dla gracza A ile zielonych dwójek (za 3 pkt) oraz zielonych kosteczek i dwójek w ogóle (każda za 1 pkt) znalazło się w Gupie Prowadzącej, dla gracza B - ile fioletowych i/lub piątek itd.
owa "punktacja pośrednia" służy wyłonieniu 3 miejsc na podium danego etapu wartych odpowiednio: wartość Karty Etapu dla najlepszego (będą to odpowiednio 3, 4, 5 i 6 pkt w kolejnych etapach) oraz 2 Punkty Zwycięstwa dla kolejnego i 1 dla trzeciego gracza
wiele zależy zatem od stabilnej kondycji w kazdym z poszczególnych etapów wyścigu, co nieco zaś niewątpliwie od łutu szczęścia...
jako to w sporcie :)

cztery etapy to odpowiednio długo, żeby wdrożyć się w zasady, dać "wkręcić" rozgywce i nie znudzić (w sumie ok. 30-40 minut)
podczas każdego kolejne tury graczy stanowią mieszankę losowości i taktyki odpowiednią dla lekkich gier "przeywnikowych" lub rodzinnych
można próbować przesuwać kości dążąc do upatrzonego celu, próbować kusić los lub psuć innym szyki przerzucając niektóre grupy lub zdradzając swój cel wykorzystać "promocyjny" ruch licząc na zwrot tej polegającej na częściowym odkryciu kart inwestycji...

naprawdę duży plus gry to ładne, barwne kosteczki, które cieszą nie tylko dzieci i zachęcają do zabawy niezdecydowanych
szkoda, że tor, który znajdziemy w pudełku nie ma praktycznego zastosowania (próbowaliśmy jak widać na zdjęciach powyżej, ale zupełnie się nie sprawdza jako zdecydowanie za krótki) - mam wrażenie, że można było zobić na przykład dwukrotnie dłuższy jako niby-planszę, albo zdecydowanie zmniejszyć pudełko, skoro i tak korzystamy jedynie z kostek i kart...
powyższe drobne niuanse nie wpływaja jednak na przyjemność płynącą z zabawy,
"Rzutem do mety" oceniamy zatem (rodzinnie) jako grę niezbyt wymagającą, ale i nie banalną, relaksującą i przyjemnie kolorową  
doskonałą na to lato!


za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawcy (Fabryka Kart Trefl-Kraków - seria Trefl Joker Line),
a wpis dołączam do zbioru recenzji ze znakiem projektu Grajmy!




Czytaj dalej

co widzimy w gwiazdach?

własną małość,
ślad przeszłości i przestrzeni nie do wyobrażenia,
bajeczne piękno,
odwieczną zagadkę istnienia wszechświata
-  jak?, dlaczego?, po co? -
dużo więcej pytań, niż odpowiedzi, na które tak dawniej liczyli astrolodzy, a których poszukują do dziś astronomowie...
to wszystko widzimy zerkając w nocne bezchmurne niebo

a według Kelsey Oseid, autorki książki "Co widzimy w gwiazdach?", cóż my tam w górze widzimy?


po pierwsze - proste układy, nazwane przed wielu laty, wciąż wyróżnialne na nieboskłonie, dzięki naturalnej ludzkiej tendencji do poszukiwania znanych wzorów kojarzone z postaciami, zwierzętami, narzędziami: gwiazdozbiory


dalej - swoje miejsce w ogromnej, w większości pustej przestrzeni wszechświata


trzy - nasze najbliższe sąsiedztwo = planety i księżyce wyróżniające się wśród zgodnie wirującej migotliwej zgrai stabilnością blasku i podążaniem "własnymi ścieżkami"

a do tego trochę tego, ciut owego:
zorze polarne, meteory, fazy księżyca (w tym pełnie o ciekawych nazwach sezonowych) i jego morza itd.

wszystkiego po trochu, po części opisanego bardzo pobieżnie, miejscami niezbyt przystępnie
(na przykład w bardzo rozbudowanej części dotyczącej gwiazdozbiorów zdecydowanie brakuje informacji o ich wzajemnym położeniu na niebie i realnej możliwości obserwowania na danej półkuli, określonej porze roku)
dużo tu mitów i "trudnych" słów, poezji i artystycznych wizji, odrobina wiedzy jakby zabłąkała się zupełnie przypadkiem...
możliwe, że nie ma się co dziwić, skoro cały spektakl funduje nam artystka - malarka i graficzka, a nie astrofizyk ;)


J., który od czasu zimowego zapatrzenia na Oriona i jego roziskrzone towarzystwo nad Jeziorem Rudnickim (o ile tam na niebie więcej widać, niż nad zanieczyszczonym światłem miastem!) nie może się doczekać własnej obrotowej mapy nieba (moja wina...), od lat gościem planetarium i obserwatorium bywając (nieczęstym - moja wina... - ale niezmiennie pełnym entuzjazmu), nie zgłasza wszakże uwag negatywnych

sugestie, żeby może nie czytać "jak leci", zacząć od tego, co go najbardziej interesuje i omijać dłużyzny, zbył milczeniem i metodycznie przebrnął przez wszystkie kolejne opisy gwiazdozbiorów, wyłapując przy tym bezbłędnie te wcześniej osobiście obserwowane
- ot, na przykład taka Deneb, w Łabędziu - "widzieliśmy nad Wisłą, nad spichrzami, prawda?"
prawda!
chociaż tegoroczny Astrofestiwal już dawno za nami (zapraszamy na kolejny w czerwcu/lipcu 2019 :) )
pozostała odrobina wiedzy, wspomnienie seansu w namiotowym planetarium, wirtualnej wyprawy na Marsa i pierwszej obserwacji słonecznych protuberancji, wschodzącej Wenus, pasów atmosfery Jowisza i jego 4 księżyców...*

tymczasem przed nami kolejna "niebiańska" atrakcja: całkowite zaćmienie Księżyca + Mars w opozycji - już jutro wieczorem (27.07.18, 21:30!)


czytamy więc i czekamy, każdego wieczora zerkając w górę :)

nawet jeśli nie zobaczymy w gwiazdach upragnionych odpowiedzi, jakże przyjemnie i ciekawie ogląda się nocne niebo!


* stara matka, która to samo plus pierścienie Saturna pierwszy raz "z tak bliska" oraz pędzącą ISS - symultanicznie - z perspektywy punktów odległych o sto kilometrów oglądała całkiem niedawno, puszcza w tym miejscu oko do pewnego organizatora wycieczek balkonowych - jak oboje dobrze wiemy, gwiazdy też nie są wieczne ;)

za recenzencki egzemplarz książki dziekujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia
Czytaj dalej

Pan Kuleczka. Skarby.


na Jankowej półce przybył kolejny skarb!
coś komuś mówi nazwisko Kuleczka? znacie, pamiętacie? (przedstawiałam lata temu, później spotykaliśmy się jeszcze w sumie sześciokrotnie... przypomnieć nadal można sobie na przykład tutaj - >>klik<<)
Wojciech Widłak i Elżbieta Wasiuczyńska sprawili, że ów przemiły starszy jegomość odwiedza nas znowu, wraz ze swoją niepowtarzalną, barwną menażerią


bohaterów polubionych niegdyś od pierwszego wejrzenia spotykamy na kartach kolejnej z serii książeczki, w - jak zwykle - optymistycznej, pełnej ciepła atmosferze domu "rodzinnego", na wiosennych, letnich, jesiennych i zimowych spacerach, w mieście i na łonie natury
podziwiamy (niezmiennie - głównie mama) cierpliwość i życiową mądrość Pana Kuleczki, radosną beztroskę kaczki Katastofy, spokój i celność spostrzeżeń psa Pypcia i umiejętność doskonałego odnajdywania się w każdej sytuacji muchy Bzyk-Bzyk
podsłuchując ich dialogów, równie często zabawnych, co niemal filozoficznych, odkrywamy ważne, proste prawdy o świecie i relacjach między(hmm)ludzkich
przypominamy sobie, jak ważne (może najważniejsze?) w życiu są drobiazgi - zatrzymanie się w biegu, małe odkrycia, wspólnie spędzany czas



z przyjemnością zerkamy na pełne żywych kolorów natury: soczystych zieleni, chłodnych błękitów i intensywnych oranżów, ilustracje
i - jak zwykle - po wielokroć wracamy do poszczególnych opowieści, znajdując w nich ciekawe pytania (a czasem ukryte odpowiedzi) oraz ogromny ładunek uważności, wzór wzajemnego szacunku i naturalnej bliskości

tym razem, w siódmej części serii, książce pt. "Skarby", możemy wraz z bohaterami odkryć wiele bezcennych bogactw i nauczyć się dostrzegać wartość takich cudów codzienności jak na przykład:
chwila spokojnego oddechu,
wspomnienia chwil, smaków, zapachów,
drobne pamiątki,
przygody w wyobraźni,
letnie ulewy,
poczucie wspólnoty i przynależności,
muzyczne olśnienia,
szczęśliwe powroty...

 warto za ich przykładem próbować jeszcze bardziej doceniać własne "tu i teraz"
- wakacje to bardzo dobry moment zarówno na tę lekturę, jak na taki eksperyment!**



jeśli tylko mamy oczy, uszy i serca szeroko otwarte, prawdziwe skarby można znaleźć wszędzie,
co doskonale podsumowuje kaczka Katastrofa: 


lekturę poleca miesięcznik Dziecko
my także!*
bardzo
i zdecydowanie nie tylko najmłodszym


* choć jak stwierdzi J., w tym tomie podoba mu się tylko 10 pierwszych opowiadań...
moim zdaniem najsłabszą stroną jedenastego jest jego brak ;)

mediarodzina.pl

** wielką porcją własnych małych skarbów z tegorocznego urlopu podzielimy się już wkrótce :)

Czytaj dalej

poczytaj mi, mamo - księga 4, księga 5

niebiesko-pomarańczowy gołąbek, motyl w kosmicznym skafandrze, czerwony niby-królik z kwiatkiem na uszku, krzywy domek z pasiastym dachem, koniczynka z żółtym sercem, uśmiechnięta rybka bez płetw - jeden rzut oka na kilka prostych rysunków wystarczy, by przywołać uśmiech na twarzy i falę sentymentu 
trochę dziwnie to wszystko brzmi, trzeba przyznać, ale tak właśnie działa!
okazuje się, że nie tak łatwo opisać obrazki, które mam na myśli (i przed sobą na kwadratowych okładkach), możliwe jednak, że jeszcze trudniej byłoby wśród pokolenia obecnych 30-40-latków znaleźć takich, którzy od pierwszego spojrzenia nie skojarzą ich z dzieciństwem:
o! poczytaj mi, mamo!


tak, opowieści sprzed lat powróciły pod nasz dach :)
co szczególnie cenne - jednocześnie odmienione i dokładnie takie jak dawniej
inne, bo odświeżone, zebrane w "zestawy" po 10 i ujęte w piękne, twarde oprawy w pastelowej kolorystyce,
ale - którą to próbę nie zawsze udaje się przejść starym tekstom i wspomnieniom - w dużej części nadal przyjemne w lekturze, przyciągające uwagę dzieci i aktualne

wiem, że nie należy oceniać po okładce, nie mogę się jednak powstrzymać, żeby to od niej nie zacząć
kilka lat temu zbiory "Poczytaj mi, mamo" ukazały się już w nowej formie nakładem Naszej Księgarni (a jakiejż by innej oficyny - fantazyjna eNKa też należy wszak do wyrytych w czytelniczej pamięci zbiorowej symboli pierwszych lektur!) 
były to jednak wówczas tomiki z oprawami w bardziej nasyconych kolorach i innego kształtu ("standardowy" książkowy prostopadłościan)
taka różnica to drobiazg? być może, ale faktem jest, że wówczas nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, a niepotrzebny dolny i górny margines nawet trochę irytował przy przeglądaniu
za to te obecne - z których kwadratowych frontów zerkają na nas sympatyczne, wydające się od pierwszego spojrzenia znajome, czarno-białe buźki - po prostu chce się mieć!
i oczywiście poczytać dziecku - własnemu, cudzemu i temu, którego ślad wszyscy nadal mamy w sobie...  

kilka kolorowych zeszytów ze swojej półeczki można spróbować przywołać w pamięci już zerkając na tylną okładkę


wśród autorów liczne znane nazwiska: Tuwim, Bahdaj, Musierowicz, Papuzińska, Konopnicka, Łochocka, Grabowski i Nejman (i wielu innych)
jeśli nawet któreś nie wydają się znajome na pierwszy rzut oka, na końcowych stronach znajdują się notki biograficzne, które pozwolą powiązać je z wróbelkiem Elemelkiem, kotem Filemonem itp. :)

a wewnątrz? prawdziwa uczta!
przedrukowane oryginalne okładki, ilustracje i czcionki wydobywają z zakamarków pamięci kolejną porcję pozytywnych zaskoczeń
tak, tę o Zosi też mieliśmy! i "Kredki", I "Stefka", na pewno! a "Malowany ul" był u kuzynostwa! ciekawe, czy też jeszcze kojarzą...







wśród ilustratorów oczywiście Terechowicz, Witwicki, Byczek, Krzemiński, Stylo-Ginter...

każda z ksiąg inna, wszystkie wyjątkowe!
na kilkudziesięciu stronach fantazja przeplata się z codziennością, magia z życiowymi prawdami, odrobina nauki z wielkimi przygodami 
tę czwartą w większości dopiero odkrywaliśmy wspólnie z kilkuletnimi J. i O., którzy ze swadą lub dzielnie ćwicząc nową umiejętność na przemian czytali mi (czyli "mamie" - ha, tak też można ;)) kolejne strony
piąta to mój osobisty No1 - od brzegu do brzegu wypełniona tym, co pamiętam z domu rodzinnego, znam najlepiej i lubię najbardziej
pierwsza, druga i trzecia - już zamówione :)
każda jako całość i seria jako taka - po prostu miła oku i sympatyczna lektura, przypominająca, że nie zawsze trzeba i warto gonić za nowoczesnością 
ogromna, wieloaspektowa przyjemność dla rodziców (nie tylko mam!) i dzieci kolejnego pokolenia 

a najlepszy z najlepszych, po prostu ponadczasowy hit? oczywiście "Pan Maluśkiewicz i wieloryb" :D


zgodnie, rodzinnie polecamy młodszym, starszym i najstarszym
(tak, tak, dziadkowie też sobie przy okazji wiele przypomną)

za egzemplarze recenzenckie i wspaniały pomysł na nowe wydanie dziękujemy Naszej Księgarni 
Czytaj dalej