take back toe - zrób i graj!

tak sobie wczoraj graliśmy z synem starszym:


w naprędce zaaranżowaną gierkę pod tytułem take back toe,
która wywodzi się (wg twórców) od takich wielkich klasyków jak Mankala i Baggamon,
i którą każdy może sobie wypróbować bez większych nakładów pracy i ponoszenia żadnych kosztów
są chętni?

potrzebne będą:
dowolne żetony w liczbie 40 
(mogą to być jednakowe lub różne pionki, kamyki, jednogroszówki, cokolwiek... chociaż oczywiście takimi ładnymi kosteczkami, jak te nasze, z "Pandemii"*, na pewno gra się najprzyjemniej ;) )
+ jedna kostka K6
(taką w domu chyba każdy ma? a jeśli nie, łatwo skleić siatkę sześcianu albo zrobić z rolki po papierze toaletowym* - jak tu  >>KLIK<<; ostatecznie, jak podpowiada J., "rzucać" może Asystent Google w smartfonie :D)
+/- plansza
(ta ostatnia jest opcjonalna, bo w rzeczywistości służy tylko orientacyjnemu podziałowi pola gry na 12 części - 3 rzędy po 4 pola - można je narysować, zaznaczyć patyczkami, albo wykorzystać kartonik po elementach gry kafelkowej* - jak na naszych zdjęciach)
a, no i ewentualnie
+/- instrukcja
(angielskojęzyczną można wydrukować na jednej stronie A4 stąd: >>KLIK<< ), ale tak naprawdę nie będziecie potrzebować, bo niżej wyjaśnię wszystko w kilku zdaniach, po naszemu)
oraz
dwie osoby, które zasiądą po dwóch stronach "planszy"


gramy!
w środkowym rzędzie zaimprowizowanej planszy ustawiamy 4 "kupki" po 10 elementów jakich-sobie-chcemy
pozostałe rzędy umownie należą do każdego z graczy po jednym

grający na przemian rzucają kostką i w swojej turze przemieszczają wskazaną liczbę elementów z wybranej "komórki"
można przekładać dowolną grupę liczmanów - z komórek neutralnych, wlasnych lub przeciwnika, ale zawsze tylko na najbliższe, sąsiadujące "w pionie" pole i pod warunkiem, że jest ich wystarczająca liczba
jeśli w żadnej "komórce" nie ma odpowiednio dużo żetonów, gracz traci kolejkę

cel gry to doprowadzenie do sytuacji, w której na trzech sąsiadujących polach po swojej stronie mamy tę samą liczbę żetonów

uff, w oryginale brzmiało to chyba jakoś składniej... na szczęście zwykle obraz rozjaśnia się już przy pierwszej partii :)

zabawę polecamy jako prostą, szybką rozrywkę, w której ze ślepym losem walczymy sprytem i spostrzegawczością
spróbujcie, spodobała się nawet Jankowi ;)



projektgrajmy.blogspot.com

*pamiętamy o haśle 'nie wyrzucaj, przetwarzaj' - upcycle! >>KLIK<<
a "Pandemię" jako taką, wbrew okolicznościom, też polecamy

Czytaj dalej

z dala od ludzi - przedwiośnie 2020

#zostańwdomu przeplatane z ucieczką w bezludne okolice Grudziądza i Brodnicy,
prywatna wyspa i pola skrzypu nad Wisłą, zamek w Pokrzywnie o poranku, krwawodzioby w Mokrem, bernikle w Bece, park (którego nie było) w Węgrowie,
żurawie i pierwsze bociany, pierwsze po szarej zimie kolorowe punkciki kwiatów na łąkach,
dzikie zjazdy tyrolką w Grabowcu 
kilka(naście) chwil relaksu i uśmiechu, pomimo
mamajanka i Oni :)
marzec '20









tak chcę pamiętać ten czas
Czytaj dalej

Pucio - nowe gry dla najmłodszych

a co to takiego ładnego?



to kolejna gra, a nawet dwie, dla dwulatka!

PUCIO Gdzie to położyć? oraz PUCIO Domino


delikatne kolory i wielkookie buźki, do których przyzwyczaiły nas już autorki serii o Puciu - Marta Galewska-Kustra i Joanna Kłos, to zapowiedź ćwiczeń myślenia i mowy malucha

Gdzie to położyć?

to gra-zabawka, w której znani z książeczek bohaterowie wstępują w postaci stojących figurek, a zadaniem maluchów jest odpowiednio urządzić im mieszkanie

do dyspozycji mamy 6 plansz przedstawiających różne pomieszczenia oraz kilkadziesiąt elementów wyposażenia
każdy z elementów dziecko powinno przyporządkować do odpowiedniej (albo wybranej - instrukcja coś tam podpowiada, ale można mieć przecież własną wizję) lokalizacji
i tak "ustawia" na przykład lampkę na stoliku, ręcznik "wiesza" w łazience, poduszkę "układa" na łóżku
świetna sprawa!
doskonały punkt wyjścia do rozmowy, nauki nazewnictwa, dyskusji o znanych miejscach i przedmiotach, utrwalenia podstaw domowego ładu

do tego po wyjęciu elementów gry z kartoników nadal mamy trwałe, twarde wytłoczki, które można ponownie wypełnić wciskając odpowiednie przedmioty na ich miejsca i ćwicząc paluszki,
albo wykorzystać jako szablony do odrysowywania 'niewiadomoczego', któremu każde dziecko kredkami nada nowy sens
plus wspomniane na początku figurki - idealne do zabawy w teatrzyk




w podobnej estetyce utrzymana jest kolejna propozycja z serii o Puciu:

DOMINO

w pudełku znajduje się niemal 30 dość dużych, bardzo sztywnych kartoników z zaokrąglonymi rogami
z jednej strony uwiecznieni zostali bohaterowie książek o Puciu - prócz głównego min. jego siostra, bobo, kot i pies, z drugiej - dla starszych dzieci - klasyczne kropki

zasady gry każdy kojarzy, prawda?

autorzy wprowadzili do instrukcji zachętę do poznawania prostych słów, na ile jednak ta forma będzie sprzyjała zabawie i skutecznej nauce, każdy musi ocenić sam
w mojej opinii, choć pudrowo-pastelowa kolorystyka może się podobać, a gruba tektura sprawia wrażenie trwałej (co w przypadku maluchów też ważne!), całość nie jest porywająca
nie ma tu niestety nic specjalnie oryginalnego, zatem rekomenduję przede wszystkim prawdziwym fanom Pucia
oraz wszystkim, którzy nie mają żadnego innego domina - jakieś warto mieć, czemu by nie to?

 


oboje z S. mamy w tej parze zdecydowanego faworyta:


miejmy nadzieję, że mimo intensywnego użytkowania przetrwa czasy, gdy każde pudełko otwierane jest przez S. sposobem siłowym, a liczne, wybierane według jemu tylko znanego klucza drobiazgi lądują w toaletowej muszli i będzie służyć dalszej* nauce pięknego mówienia :)


* S. lat 1 i ćwierć mówi już:
nie, mamam, iian, da, dat(ć), ma, niamniam, huhu (na psy), huhu (inaczej, na sowę), iau (na koty), uaaa! (na dzikie zwierzęta i T-rexa), bruum, bam, be (na śmieci), bee (na owce), fuu (ptaki/leci), frr (leci samolot), ymmm (na otworzyć/odkręcić), siii (nalać/podlać), zizi (dzidzia), zia (dziadzia), żżu (chomik Dżudżu), haa (spać), hi (gorące), kwaa i kraa,
i dużo więcej, tylko ja powoli się uczę - obrazki na pewno pomogą :)


za Pucia kolejny raz (inne odsłony tu:>>KLIK<<) dziękujemy wyd. Nasza Księgarnia
Czytaj dalej

pierwsze gry - Mniam! i Zwierzątka

jeśli chodzi o gry i zabawki, najmłodsi to często bardzo wybredni odbiorcy
zainteresować czymś dwulatka na dłużej niż dziesięć minut to nie takie łatwe zadanie... *
a jeśli w dodatku rodzic wymaga od zabawy walorów estetycznych i edukacyjnych, twórcy stają przed poważnym wyzwaniem

jak obie poradzili w przypadku nowej serii gier 2+ pt. Pierwsza gra?


moim zdaniem całkiem nieźle!

już na pierwszy rzut oka obie wydane dotąd ze znakiem Akademia Mądrego Dziecka prezentują kilka podstawowych zalet
estetyczna szata graficzna nawiązująca do książeczek dla najmłodszych tego samego wydawcy i przejrzysta informacja dotycząca zawartości na opakowaniu sprawiają bardzo korzystne pierwsze wrażenie
wewnątrz nie jest gorzej
znajdziemy tu krótkie, jasne instrukcje, kolorowe elementy z twardej tektury, dużą drewnianą kostkę lub trwały bawełniany woreczek
wszystko w rozmiarze i trwałości odpowiedniej dla małych rączek *
do tego tematyka jak najbardziej przedprzedszkolna - czegóż chcieć więcej?
już wiem! zasady i mechanika gry... o tym jeszcze dwa słowa na końcu

a tu po dwa zdania (i dwa zdjęcia) o każdej z gier z osobna

Pierwsza gra Mniam! 

ma pomagać w nauce kolorów, liczenia oraz rozpoznawania warzyw i owoców


do dyspozycji mamy kilka tekturowych koszyczków oznaczonych kolorami, sporą kostkę z barwnymi ściankami (i robaczkiem) oraz kartoniki przedstawiające warzywa i owoce - zestaw niewielki, ale otwierający wiele możliwości alternatywnych zabaw, za co osobiście daję mu dodatkowy plusik

zadaniem dzieci jest przyporządkowywanie odpowiednich elementów zgodnie ze wskazaniem kostki i ich zbieranie według określonych reguł
jest losowo, ale ciekawie, zdrowo, kolorowo

Pierwsza gra Zwierzątka

uczy rozpoznawania kształtów, dopasowywania kolorów i ćwiczy sprawność dłoni i palców


znajdziemy tu kilka dużych, tekturowych podobizn zwierzątek w intensywnych kolorach, z czterema wycięciami w tych samych kształtach
każdy gracz wybiera jedno stworzonko
następnie wypchnięte z kartonu figury można (i należy) ponownie umieścić w odpowiednich otworach, kolejno losując elementy z woreczka i dopasowując według kształtu i barwy
jako że czasem trafia się, że przypadkiem kompletujemy cudzą "planszę", dzieci uczą się przy tym pozytywnych interakcji

wracając do zasad...
być może zabawy wydają się banalne i faktem jest, że są w dużej mierze losowe, ale tym razem stanę w obronie tak prostej mechaniki
pamiętajmy o grupie docelowej! zgadzam się z autorami, którzy nota bene czytelnie uzasadniają właściwości i cele obu gier, że dla 2-3-latków wystarczającym wyzwaniem będzie odpowiednie dopasowywanie barw i kształtów, ćwiczenie motoryki dłoni czy zwrotów grzecznościowych

a poza tym, skoro podobają się nawet starszym przedszkolakom, nie mnie narzekać :)


argumenty za tym, że nawet z najmłodszymi grać warto, znajdziemy też na stronie wydawcy
Dlaczego warto grać z dzieckiem? >>KLIK<<

ponadto jako dodatek dostępny w sieci, twórcy proponują połączenie obu gier i podają pomysły na inne wykorzystanie ich elementów w zabawach
Jak wykorzystać gry Akademii Mądrego Dziecka w zabawach z dziećmi? >>KLIK<< 
Pierwsza gra - Owocowa uczta (zasady do pobrania) >>KLIK<<

szczerze polecam!


* nasz domowy tester (S. lat 1 i ćwierć) nie dorósł jeszcze do "regulaminowego" wieku, ale przeprowadził podstawowe badania jakościowe (organoleptyczne)
barwy i kształty okazały się bardzo przyciągające uwagę, a kartoniki na tyle trwałe, żeby przetrwać pierwsze oznaki zainteresowania :)
na grę zgodnie z zasadami przyjdzie jeszcze pora, ale póki co wyciskanie figur ze zwierzątek i ukrywanie owoców w różnych pokojach to też niezła zabawa :P

za egzemplarze recenzenckie dziękujemy egmont.pl
Czytaj dalej

czerwony, zielony, niebieski... gra Rolling Village, edycja DIY

kilka dni temu autor serwisu Zagramy.net udostępnił bardzo ciekawą grę print&play

Rolling Village

w wersji polskiej, o której mowa, to efekt międzynarodowej współpracy twórców
zasady opracował Dieggo Di Maggio, projekt zilustrował Josh Huf, na polski przetłumaczył Marcin Szrama, a w całość złożył Bartosz Teichert
brawo ci panowie!

w dwóch słowach:
mowa o zabawie w rysowanie miasteczka na podstawie wyników z dwóch kości K6,
zajmującej około kwadransa (dotyczy jednej partii, ale ostrzegam, że na tym się może nie skończyć ;) ),
rekomendowanej dla graczy w wieku od 8 lat
proste zasady pozwalają na błyskawiczne wprowadzenie do gry nawet mało doświadczonych planszówkowiczów, brak bezpośredniej interakcji i odrobina losowości łagodzą poczucie rywalizacji, ale konieczność podejmowania jak najkorzystniejszych decyzji, skupienia i przewidywania sprawiają, że całość ma "to coś"

więcej informacji o grze i - co najważniejsze - pliki źródłowe z instrukcją i planszą do wydruku, dzięki którym każdy może sam (tak, również solo, ale także w grupie kliku, czy nawet kilkunastu osób!) ją wypróbować, znajdują się na blogu pana Marcina, czyli tutaj: >>KLIK<<

przy braku dostępu do drukarki planszę można też z łatwością samemu narysować
najlepiej byłoby też od razu zalaminować, by używać wielokrotnie...
albo zrobić tak jak my
przewidując wielokrotne rozgrywki (i początkowe kłopoty z decyzjami/rysowaniem/zmazywaniem) przygotowaliśmy własne plansze do tej gry
z makulatury, czyli tekturek pozostałych po wyjęciu elementów do innych gier


przygotowaliśmy sobie z Jankiem dwie rozkładane "planszetki" z 30 otworami (6x5), odpowiednie zaznaczyliśmy jako punktowane (na początek ołówkiem, ale to jeszcze poprawimy i otoczymy odpowiednie kwadraty pisakami kolorowymi obwódkami - trzy kolory będą odpowiadać punktacji za 1, 2 i 3 pkt!)
do tego trzeba przygotować po kilkanaście nakrętek w trzech kolorach

w zamyśle miały być czerwone do użycia jako budynki, zielone jako lasy i niebieskie na stawy (plus kilka innych, neutralnych klocków do wykorzystania jako place) 
u nas okazało się, że mamy za mało jednolitych "pionków", więc każdy wybrał sobie osobny zestaw kolorystyczny

oto kilka fotek z pierwszych partii, na których widać moje czerwone i pomarańczowe bloki oraz różowe place i Jankowe żółte osiedla i place fioletowe



ładne, prawda?
a rozgrywki naprawdę przyjemne

choć ucierpiało nieco moje ego gracza, z niekłamaną matczyną dumą muszę przyznać, że już w drugiej kolejce J. (lat 9) zasłużył na tytuł Super Burmistrza pokonując mnie o całe 11 punktów (83:72) :)

bardzo polecamy grę zarówno jako "rysowankę" print&play, jak i w naszej wersji "3D"


jak zawsze zachęcamy:
projektgrajmy.blogspot.com


http://mamajanka.blogspot.com/2019/09/nowe-zycie-wyzwanie-upcyklingowe.htmlw ramach @projektGrajmy


 
i przypominamy:

nie wyrzucajmy - przetwarzajmy!

w cyklu
"nowe życie - wyzwanie upcyklingowe"


a że dzięki nakrętkom w różnych kolorach (przynajmniej trzech!) zabawa pasuje też do barwnego międzyblogowego projektu "Pod kolor" dzielimy się pomysłem w jeszcze jednym kreatywnym gronie autorów
liczne tęczowe pomysły i aktywności dla dzieci w różnym wieku znajdziecie na blogu Bajdocja: 

https://bajdocja.blogspot.com/2020/01/pod-kolor-linki-uczestnikow.html

Czytaj dalej

komiksy dziewięciolatka

kontynuując temat lektur samodzielnie wybieranych przez J. (więcej tu: >>KLIK<<), dotarliśmy do kwestii komiksów

często traktowane po macoszemu (bo "to tylko obrazki, tam nie ma nic do czytania"), albo akceptowane jedynie w ostateczności jako alternatywa do 'prawdziwych książek' (gdy "on niczego nie chce czytać, to niech chociaż na tych dymkach ćwiczy"), bardzo często bywają niedoceniane
tymczasem komiksy mają wiele zalet!
prócz, przystępniejszej często niż tekst ciągły, formy przyciągają dynamiką akcji, prostotą przekazu i kolorem, uzupełniając czytelnicze doznania o bogactwo ilustracji i typografii
wbrew obiegowej opinii również wymagają zaangażowania w lekturę - choć często łatwiejsze dla najmłodszych, którzy miewają jeszcze problemy ze składaniem liter (bo tych faktycznie często tu mniej niż w klasycznej powieści), zmuszają do wysilenia wyobraźni, by połączyć serię kadrów w całość, "dopisać" sobie tło fabularne, zrozumieć emocje i zależności między bohaterami

na blogu pojawiło się dotąd komiksów niewiele (pod tą etykietą: >>KLIK<<), na półce J. jednak całkiem sporo, czas zatem nadrobić zaległości :)

na pierwszy ogień idą, wspominany już w akompaniamencie licznych superlatyw przy okazji "O rety! Przyroda" (tutaj: >>KLIK<<, czy spotkań z Zubrem Pompikiem tu: >KLIK<<), Tomasz Samojlik [fanfary] i, co dziwne, ale dotąd chyba nie wspominany (!?), Adam Wajrak
oraz ich ryjówki i dzięcioły


seria o ryjówce, czyli "Ryjówka przeznaczenia", "Norka zagłady", "Powrót rzęsorka" i "Zguba zębiełków" autorstwa Tomasza Samojlika to niesamowicie wciągające opowieści, mistrzowsko łączące tematy przyrodnicze, nawiązania do popkultury, lekką kreskę i duże poczucie humoru
oboje z J. świetnie się bawiliśmy poznając przygody Dobrzyka i jego przyjaciół, a przy okazji sporo dowiedzieliśmy o supermocach ryjówek, rzęsorków i zębiełków
bodaj największa zaleta tej serii to sprytne połączenie zabawy i edukacji - przygodowa treść dla wszystkich plus szczegółowe informacje o naprawdę ciekawych, a nie wszystkim znanych gatunkach dla tych, którzy chcą wiedzieć więcej
Zawiłe procesy ekologiczne z jedną z najbardziej fascynujących rodzin ssaków w roli głównej, przepowiednie wątpliwej skuteczności, awantury i perypetie, pościgi i brawurowe ucieczki! To wszystko, a nawet więcej, znajduje się na kartach „Ryjówki przeznaczenia” – opowieści fantasy w świecie ryjówek!
cyt. za lubimyczytac.pl 

nie mniej udana okazała się seria o (nie)umarłym lesie ("Umarły las", "Nieumarły las", "Zew padliny")
duet świetnych przyrodników i popularyzatorów ekologii, czyli Samojlik z Wajrakiem umiejętnie przeplatając wartką akcję z mini-wykładami pokazują w niej las takim, jakim powinniśmy go widzieć - nie jako uprawę drzew, lecz żywy, pełen wzajemnych powiązań, doskonale funkcjonujący bez zewnętrznej ingerencji system
a przy okazji opowiadają całkiem wciągającą historię o dzięciołach, ich wrogach i przyjaciołach, w konwencji westernowej przygody
jeśli niestraszna wam gradacja, ani smród padliny, serdecznie polecamy wyprawę na Dziki Wschód :)



druga komiksowa seria,w której ostatnimi czasy zaczytuje się J. to klasyk:


Tytusa, Romka i A'Tomka nikomu nie trzeba chyba przedstawiać
Dwaj harcerze (...) – starają się uczłowieczyć człekokształtną małpę – Tytusa de Zoo (...). Kolejne tomy komiksu to podróże bohaterów w rozmaite dziedziny wiedzy, w wymyślnych pojazdach skonstruowanych przez prof. T.Alenta lub A’Tomka. Każda księga umieszcza bohaterów w innej roli. Tytus, Romek i A’Tomek zawsze pakują się w jakieś kłopoty, ale umieją łatwo z nich wybrnąć.
Świat w komiksie jest bardzo absurdalny i odznacza się błyskotliwym humorem, a jednocześnie zawiera wiele edukacyjnych przesłań dotyczących geografii, ochrony przyrody czy historii („bawiąc uczy”).
za Wikipedią

czy to materiał odpowiedni dla 9-latka, kwestia sporna, z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, wiele tematów i nawiązań pozostanie dla tak młodego czytelnika niezrozumiałych
w przypadku J. specyficzne poczucie humoru Papcia Chmiela i pomysłowość rozwiązań "inżynierskich" trafiły idealnie! każda z ksiąg była czytana wielokrotnie, wybuchy śmiechu występują regularnie, a pewne informacje (z których, wiem, część będzie wymagała weryfikacji w przyszłości) przy okazji zapadają w pamięć
J. posiada 26 tomów, czyli większość dotąd wydanych, ale i tak jesteśmy kilkanaście lat do tyłu jeśli chodzi o nowości - Tytus w internecie jest wysoko na zakupowej "chciejliście" :)



ostatni na tej liście komiksowy ulubieniec J. to szeroko znany w Europie i na świecie Asterix


"Przygody Gala Asterixa" podsunęłam J. korzystając z faktu, że właśnie ukazała się odświeżona wersja pierwszej części tego komiksu, uzupełniona o bardzo ciekawy dodatek
to kolejny przykład poczucia humoru, które łączy pokolenia - do czytelników trafia już od 60 lat!
Jest rok 50. przed naszą erą. Cała Galia została podbita przez Rzymian... Cała? Nie! Jedna, jedyna osada, zamieszkana przez nieugiętych Galów, wciąż stawia opór najeźdźcom i uprzykrza życie legionom rzymskim stacjonującym w obozach Rabarbarum, Akwarium, Relanium i Delirium
ciekawie było poznać Asteriksa, Obeliksa, Panoramiksa i pechowych Rzymian w tej pierwszej, "podstawowej" odsłonie 
prócz zapoznania z bohaterami, którzy przez ostatnie pół wieku stali się ważną częścią europejskiej popkultury i dawką zdrowego śmiechu dostaliśmy w tym tomiku super gratis
dołączony suplement, choć trzeba przyznać bardziej wciągnął rodzicielkę niż syna, odsłania kulisy powstania komiksu - pierwsze szkice, notatki i dyskusje Goscinnego i Uderzo
super historia, ukazująca jak z prostego pomysłu, bujnej wyobraźni i zgodnej współpracy powstaje zabawny antybohater i, co tu dużo mówić, superprodukt
taka współczesna bajka o Kopciuszku dla wszystkich niedocenianych twórców i niespełnionych R-owców ;)




"samojliki" zawdzięczamy A., "tytusy" - cioci M., a Asterixa wyd. Egmont
dziękujemy :)
Czytaj dalej

Ronja, córka zbójnika

miała stać się częścią dłuższego artykułu (tego >>KLIK<<) o książkach J.
pstryknęłam jej tylko kilka zdjęć, zanotowałam trzy zdania podsumowania i miało być "z głowy"...
ale nie uchodzi!
nie można było tego tak zostawić
TAKA książka zasługuje na swój własny wpis, choć trochę bardziej osobistą notatkę
to przecież

Ronja, córka zbójnika! 


to książka darzona przeze mnie wielkim sentymentem
radosne wspomnienie pierwszych godzin sam na sam z lekturą, wielkich czytelniczych emocji, wyobrażeń i marzeń, uśmiech na samą myśl o tytule 
mimo zapomnianych szczegółów fabuły, bodaj najsilniej wyryta w pamięci
i jedna z najlepiej zapamiętanych

ta moja pierwsza, ze szczegółami zachowana w głowie i sercu, była piękna
z niezapomnianymi ilustracjami Ilon Wikland i poruszającą treścią
czarująca, magią dzikiej przyrody, przygód i ponadczasowych wartości

czekałam na moment, kiedy podaruję ją Jankowi - niecierpliwie, z myślą, że oto zaczynamy dzielić coś ważnego, ale i z niepokojem, bo przecież może nie zrozumie, nie doceni...

dostał taką:

 



grafiki tym razem stanowią dzieło twórców telewizyjnej animacji (swoją drogą, chyba trzeba będzie obejrzeć!)
treść - pozostała bez zmian
pamiętacie?
Pewnej burzliwej nocy przychodzi na świat Ronja. Wtedy też mury zamczyska Mattisa pękają, rażone piorunem, a największemu wrogowi zbójnika rodzi się syn, Birk. Losy dzieci nieuchronnie splotą się ze sobą...

„Ronja, córka zbójnika” to piękna, poruszająca opowieść o przyjaźni i miłości, która doprowadza do pojednania zwaśnionych rodów. To również ekscytująca przygoda rozgrywająca się w starym zamku oraz lesie zamieszkałym przez dzikie konie i różne okrutne stwory: Wietrzydła, Szaruchy oraz Mgłowce.
cyt. lubimyczytac.pl
nadal absorbuje, wzrusza, otwiera wrota fantazji

J. przeczytał już dwa razy
twierdzi, że poleciłby każdemu, ale swojej nie odda ;)


NK - dzięki za to wydanie i własny, wyjątkowy egzemplarz dla J.


P.S. 
"Ronja..." to jedna z ostatnich książek Astrid Lindgren, które zostały mi do pokazania J.
o poprzednich pisałam dawno temu tutaj: >>KLIK<< - wpis nadal aktualny :)

Czytaj dalej